pl en fr de cs

Nasz Blog

Ostatni wpis

Najnowsze wieści

Grenlandia. Tam, gdzie lód płynie jak rzeka

Minął już tydzień od chwili, gdy wylądowaliśmy w Kanadzie. Za nami setki mil morskich, dziesiątki godzin spędzonych w powietrzu, niezliczone jeziora, tundra, arktyczne osady i przelot nad Oceanem Atlantyckim. Wydawało nam się, że nic nie będzie już w stanie nas zaskoczyć.

A jednak…

Jak bardzo się myliliśmy.

To, co zobaczyliśmy dzisiaj nad Grenlandią, przerosło wszystkie nasze wyobrażenia. Bez cienia wątpliwości był to najpiękniejszy dzień całej naszej wyprawy.


Dzisiaj rano po raz pierwszy od wielu dni poczuliśmy się jak w prawdziwym europejskim hotelu. Na śniadanie czekało świeże pieczywo, swojska wędlina, jajka na miękko i gorąca kawa. Niby zwyczajne rzeczy, a po tygodniu spędzonym na dalekiej północy smakowały jak najlepsza restauracja świata.

Ucieszyło mnie nawet coś tak prozaicznego jak możliwość jednoczesnego naładowania telefonu, laptopa i powerbanku bez konieczności szukania przejściówek do gniazdek. Dopiero podczas takich wypraw człowiek zaczyna doceniać rzeczy, które na co dzień wydają się zupełnie oczywiste.

Na lotnisko zabrał nas Szymon – poznany dzień wcześniej polski taksówkarz, który od dziesięciu lat mieszka na Grenlandii. Zamiast pojechać najkrótszą drogą, zaproponował:

– Macie chwilę? Pokażę wam jeszcze kawałek Nuuk.

Nie mogliśmy odmówić.

Przez kolejne kilkanaście minut opowiadał nam o swoim życiu na Grenlandii i miejscach, obok których przejeżdżaliśmy. Minęliśmy jeden z fiordów o głębokości blisko 600 metrów.

– To fatalne miejsce dla wędkarzy – zaśmiał się. – Nie da się tutaj spokojnie odpocząć, bo ryby biorą praktycznie bez przerwy.

Podczas jazdy opowiedział nam również historię katastrofy lotniczej z października 2025 roku. Kilkanaście kilometrów na północ od Nuuk rozbiła się Cessna lecąca z Goose Bay w Kanadzie. Samolot uderzył w górzysty teren podczas lotu w trudnych warunkach pogodowych i przy ograniczonej widzialności. Pilot nie przeżył.

Takie historie zawsze skłaniają do refleksji. Zwłaszcza wtedy, gdy samemu planuje się lot nad jednymi z najbardziej wymagających terenów świata.

Po załatwieniu formalności na lotnisku uruchomiliśmy silniki i wystartowaliśmy z Nuuk.

Już kilka minut później krajobraz zaczął zmieniać się niemal z minuty na minutę.

Najpierw pojawiły się niezwykłe zatoki. Turkusowa woda wyglądała niemal tropikalnie, a jasny piasek przypominał plaże, które można spotkać na Karaibach. Gdyby nie otaczające je ośnieżone góry, dryfujące kry i temperatura wody wynosząca zaledwie kilka stopni powyżej zera, można byłoby pomyśleć, że lecimy nad egzotyczną wyspą.

Pomyślałam wtedy, że gdyby nie arktyczny klimat, byłoby to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie do uprawiania sportów wodnych.

Kilkanaście minut później turkusowe zatoki ustąpiły miejsca pierwszym ogromnym jęzorom lodowców.

Lecieliśmy nad potężnym lodowcem ciągnącym się aż po horyzont. Jego monumentalne rozmiary zachwycały z każdym kolejnym kilometrem. Wyrzeźbione szczeliny odsłaniały szmaragdową wodę, a błękitne jeziora ukryte pomiędzy lodem wyglądały jak rozsypane drogocenne kamienie.

Po krótkim postoju i tankowaniu na lotnisku Narsarsuaq (BGBW) ponownie wznieśliśmy się w powietrze.

I właśnie wtedy rozpoczął się spektakl, którego nie zapomnę do końca życia.

Wznieśliśmy się na wysokość około 9000 stóp. Pod nami rozciągały się niekończące pola śniegu, lodowce i granitowe szczyty. Co kilka kilometrów pojawiały się głębokie szczeliny lodowcowe wypełnione krystalicznie czystą, szmaragdową wodą oraz niewielkie turkusowe jeziora ukryte pomiędzy lodem.

Kiedy przekroczyliśmy najwyższe pasma górskie, naszym oczom ukazał się świat, którego wcześniej nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić.

Lecąc nad tymi górami mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się na zupełnie innej planecie.

Z każdą minutą krajobraz stawał się coraz bardziej surowy i monumentalny. Potężne rzeki lodu przecinały góry niczym autostrady wyrzeźbione przez naturę tysiące lat temu.

Z góry doskonale było widać ciemne pasy biegnące przez środek lodowców.

To nie były pęknięcia.

To nie były ślady pozostawione przez człowieka.

To moreny – skały, piasek i kamienie niesione przez lód przez setki, a nawet tysiące lat.

Patrząc na nie, nie trudno uwierzyć, że lodowiec żyje.

Bo właśnie tak jest.

Nie stoi w miejscu.

Powoli, niemal niezauważalnie płynie w dół doliny, zabierając ze sobą fragmenty gór, po których przesuwa się każdego dnia.

Przez chwilę wyłączyliśmy rozmowy w interkomie.

Każdy z nas po prostu patrzył.

Nie było potrzeby nic mówić.

To był jeden z tych momentów, kiedy cisza wyraża więcej niż tysiące słów.

Dopiero z powietrza można zrozumieć, dlaczego Grenlandię nazywa się królestwem lodu.

Góry wyrastają tutaj prosto z fiordów, pomiędzy nimi płyną lodowce większe od wielu europejskich miast, a ocean wypełniają tysiące gór lodowych dryfujących w stronę Atlantyku.

To był pierwszy raz podczas tej wyprawy, kiedy naprawdę nie wiedziałam, w którą stronę patrzeć.

Po prawej stronie fiordy wypełnione tysiącami gór lodowych.

Po lewej ogromne lodowce spływające z gór.

Przed nami kolejne ośnieżone szczyty.

Za nami bezkres oceanu.

Człowiek chciałby zatrzymać śmigłowiec w powietrzu i po prostu patrzeć.

Lecieliśmy nad tym krajobrazem ponad trzy godziny. Każdy kolejny kilometr odsłaniał następny fiord, kolejne pasmo górskie i następny lodowiec spływający wprost do oceanu. Za każdym razem byliśmy przekonani, że piękniejszego widoku już nie zobaczymy.

I za każdym razem Grenlandia udowadniała nam, jak bardzo się myliliśmy.

W tamtej chwili zrozumiałam, że Grenlandii nie da się zwiedzać.

Grenlandię można jedynie podziwiać.

Po 3 godzinach i 10 minutach lotu dotknęliśmy płozami ziemi na lotnisku w Kulusuk.

Niewielka wyspa położona na wschodnim wybrzeżu Grenlandii przywitała nas ciszą, spokojem i niezwykle klimatycznym drewnianym hotelem. Gospodarze czekali już z ciepłą kolacją, która po całym dniu spędzonym w powietrzu smakowała wyjątkowo.

Wieczorem, siedząc razem przy stole, nie rozmawialiśmy już o tym, co wydarzyło się tego dnia.

Nasze myśli były już przy kolejnym etapie wyprawy.

Nazajutrz mieliśmy wystartować z Grenlandii i obrać kurs na Islandię. Czekał nas następny przelot nad północnym Atlantykiem.

Patrząc jednak na zdjęcia wykonane tego dnia, wszyscy zgodnie stwierdziliśmy jedno.

Niezależnie od tego, co jeszcze zobaczymy podczas tej wyprawy, Grenlandia na zawsze pozostanie najpiękniejszym miejscem, jakie dane nam było oglądać z pokładu śmigłowca.