Byliśmy gotowi jak nigdy wcześniej.
Przed nami znajdował się etap wyprawy, o którym rozmawialiśmy od wielu miesięcy. To właśnie na ten moment czekaliśmy od chwili podpisania umowy na zakup Bella 429. Wszystkie szkolenia, godziny spędzone na planowaniu trasy, analizowaniu pogody i kompletowaniu sprzętu prowadziły właśnie do tego dnia.
Za chwilę mieliśmy wystartować z Kanady i polecieć nad Atlantykiem w kierunku Grenlandii.
Ubraliśmy suche skafandry ratunkowe. Do kieszeni schowaliśmy kaptury i rękawice chroniące przed zimnem. Już wcześniej przygotowaliśmy wodoodporne worki z najpotrzebniejszym wyposażeniem survivalowym dla czterech osób. W środku znalazły się wojskowe racje żywnościowe, zapas wody, koce termiczne, ogrzewacze do rąk i stóp oraz flary ratunkowe.
Jeszcze raz omówiliśmy procedury na wypadek awaryjnego wodowania.
Każdy z nas dokładnie wiedział, co ma robić.
Sebastian, siedzący z tyłu, miał tuż przed wodowaniem wyrzucić tratwę ratunkową.
Bogdan odpowiadał za wyrzucenie wodoodpornych worków z jedzeniem, wodą i sprzętem do przetrwania.
Brzmiało to bardzo rzeczowo.
Mieliśmy jednak ogromną nadzieję, że cała ta wiedza pozostanie wyłącznie teorią.
Po uruchomieniu silników po raz ostatni sprawdziliśmy ilość paliwa, przewidywany czas lotu oraz aktualne prognozy wiatru nad Atlantykiem.
Tylny wiatr miał nam sprzyjać przez niemal cały przelot, dzięki czemu do Grenlandii powinniśmy dolecieć szybciej, niż zakładaliśmy.
Wszystko się zgadzało.
Byliśmy gotowi.
Po chwili wystartowaliśmy z pasa 24 i skierowaliśmy dziób naszego Bella 429 na wschód.
W stronę Grenlandii.
Już kilka minut po starcie, kiedy wznosiliśmy się na wysokość około pięciu tysięcy stóp, naszym oczom ukazał się widok, którego nigdy nie zapomnę.
Przed nami rozciągały się potężne lodowce.
Ogromne jęzory lodu spływały pomiędzy skalnymi grzbietami, tworząc krajobraz przypominający zupełnie inną planetę. Popękana powierzchnia lodowców, wyrzeźbione przez tysiące lat skały i ciągnące się po horyzont pasma lodu sprawiały, że trudno było oderwać wzrok od tego widoku.
Wcześniej wielokrotnie lataliśmy nad lodowcami w Alpach – w Szwajcarii, we Włoszech czy we Francji. Za każdym razem zachwycały mnie swoją potęgą.
Ale Arktyka…
Arktyka pokazała nam coś, czego nie da się porównać z niczym innym.
W jednej chwili zobaczyliśmy więcej potężnych lodowców niż przez wszystkie poprzednie lata latania.
Zdjęcia, które zrobiliśmy, są piękne.
Filmy również.
Ale ani fotografia, ani nawet tysiąc słów nie oddadzą ogromu tego miejsca.
Po kilkunastu minutach lotu góry zaczęły ustępować miejsca bezkresnej tafli Atlantyku.
Spojrzałam przed siebie.
Przed nami był już tylko ocean.
Poczułam ogromny respekt.
Miliony ton lodowatej wody.
Setki dryfujących kier.
Temperatura wody niewiele przekraczająca zero stopni.
I my…
Mały śmigłowiec lecący siedem tysięcy stóp nad powierzchnią oceanu.
Włączyliśmy autopilota oraz Flight Directora i ustawiliśmy wysokość przelotową na siedem tysięcy stóp.
Kabina zrobiła się wyjątkowo spokojna.
Każdy z nas był skupiony.
Po raz pierwszy tak mocno uświadomiłam sobie, że całkowicie powierzamy swoje życie maszynie, w której siedzimy.
Musieliśmy jej zaufać bezgranicznie.
Wierzyć, że bezpiecznie przeniesie nas na drugi brzeg.
Najbardziej niezwykłe było jednak spojrzenie przez boczne szyby.
Za nami ocean.
Przed nami ocean.
Po lewej ocean.
Po prawej ocean.
Żadnego lądu.
Żadnego statku.
Tylko woda aż po sam horyzont.
Byliśmy dokładnie pośrodku Cieśniny Davisa.
Pokonaliśmy połowę drogi.
Po pewnym czasie poczułam, że zaczynam być głodna.
Nie jedliśmy dzisiaj obiadu.
Takie bardzo przyziemne myśli… w samym środku Atlantyku.
W śmigłowcu mieliśmy sporo jedzenia i przekąsek.
Zapytałam Sebastiana:
– Co dzisiaj zjemy?
Spojrzał na mnie z uśmiechem.
– Świeżego łososia atlantyckiego mamy pod dostatkiem. Musimy tylko trochę obniżyć wysokość lotu.
Wszyscy jednocześnie wybuchliśmy śmiechem.
Takie żarty chyba najlepiej rozładowują napięcie.
Ostatecznie nasz „obiad” skończył się na bułce i kilku krakersach.
I chyba nikt z nas nie narzekał.
Po kolejnych kilkudziesięciu minutach lotu przed naszymi oczami zaczęły wyłaniać się pierwsze ośnieżone szczyty gór zachodniej Grenlandii.
To był moment, którego nie zapomnę do końca życia.
Jeszcze chwilę wcześniej wokół nas była jedynie bezkresna tafla Atlantyku. Nagle, gdzieś na horyzoncie, pojawił się ląd. Z każdą kolejną minutą góry stawały się coraz wyraźniejsze, a mnie ogarnęło uczucie ogromnego spokoju.
W mojej głowie pojawiła się tylko jedna myśl.
Zrobiliśmy to.
Dolecieliśmy śmigłowcem z Kanady na Grenlandię.
Po miesiącach przygotowań, setkach godzin planowania, analiz pogody i niezliczonych rozmowach ten moment stał się rzeczywistością.
Wykonaliśmy standardową procedurę podejścia do pasa 22, a po kilku chwilach płozy naszego Bella 429 delikatnie dotknęły grenlandzkiej ziemi.
Witaj, Grenlandio.
Niezwykle miło Cię w końcu zobaczyć.
To była chwila ogromnej satysfakcji.
Opuściliśmy przepiękną Kanadę i bezpiecznie dotarliśmy do równie niezwykłej Grenlandii.
Jako pierwszy Bell 429 zarejestrowany w Polsce, o znakach SP-WOL, przelecieliśmy nad Cieśniną Davisa, wykonując kolejny etap naszej transatlantyckiej wyprawy.
To był moment, którego nie da się opisać liczbami ani statystykami.
Po prostu byliśmy szczęśliwi.
Dopiero wtedy uświadomiliśmy sobie, że nawet najlepiej przygotowana wyprawa nigdy nie przebiega dokładnie tak, jak została zaplanowana.
Już od pierwszego dnia, kiedy skierowaliśmy się na północ Kanady, nasze telefony praktycznie przestały działać. Zasięg sieci komórkowej znikał, a kontakt z kolejnymi lotniskami stawał się coraz trudniejszy. Mimo że mieliśmy Starlinka oraz Garmina inReach, nie zawsze mogliśmy zadzwonić tam, gdzie było to konieczne.
Właśnie wtedy ogromnym wsparciem okazał się dla nas Mathieu Asselin, doskonały pilot z Bell Textron w Mirabel.
Choć sam został w Kanadzie, miałam wrażenie, że leciał z nami na każdym odcinku tej wyprawy. Niemal każdego dnia pomagał nam kontaktować się z kolejnymi lotniskami, potwierdzał dostępność paliwa, przekazywał najważniejsze informacje i wspierał nas wtedy, gdy my nie mieliśmy możliwości zrobić tego samodzielnie.
To właśnie dzięki takim ludziom człowiek przekonuje się, że lotnictwo to nie tylko maszyny i procedury, ale przede wszystkim ludzie, którzy bezinteresownie pomagają sobie nawzajem.
Mathieu, dziękujemy. Twoja pomoc była dla nas nieoceniona i na zawsze pozostaniesz częścią naszej niezwykłej wyprawy.
Po wyjściu ze śmigłowca od razu poczułam przenikliwy, lodowaty wiatr.
Szybko zdjęłam suchy skafander, założyłam puchową kurtkę i zimową czapkę.
Termometr wskazywał około pięciu stopni Celsjusza, ale temperatura odczuwalna była zdecydowanie bliższa zeru.
Jeszcze wczoraj wydawało mi się, że w Kanadzie było zimno.
Dzisiaj zrozumiałam, czym naprawdę jest grenlandzki chłód.
Z lotniska pojechaliśmy taksówką do hotelu.
Było już około godziny dwudziestej.
Tego dnia przekroczyliśmy kolejne strefy czasowe i powoli zaczynaliśmy tracić rachubę, która właściwie jest godzina.
Po kilku minutach jazdy okazało się, że nasz kierowca…
…jest Polakiem.
Naprawdę mamy ogromne szczęście do ludzi.
Przedstawił się i od razu zaczął opowiadać o swoim życiu na Grenlandii.
– Mieszkam tutaj już dziesięć lat. Kiedy przyjechałem, Nuuk liczyło około szesnastu tysięcy mieszkańców. Dzisiaj mieszka tu już ponad dwadzieścia dwa tysiące osób. I szczerze? Chyba tutaj umrę. Nie planuję wracać do Polski.
Pochodzi ze Świnoujścia.
Na Grenlandii poznał swoją żonę, założył rodzinę i tutaj ułożył sobie życie.
Z ciekawością zapytałam:
– I jakie są Grenlandki?
Roześmiał się.
– Trudne… ale bardzo kocham moją żonę.
Po chwili dodał:
– Mój przybrany syn ma szesnaście lat. Uwielbia Polskę. Zresztą cała rodzina bardzo lubi do niej przyjeżdżać. Mówią tylko jedno – tutaj na Grenlandii ciągle jest zimno i ciągle wieje.
Przez całą drogę opowiadał nam o życiu na Grenlandii.
O tym, że ludzie żyją tutaj zdecydowanie wolniej.
Nie gonią za karierą.
Nie spieszą się.
Celebrują codzienność.
Powiedział coś, co szczególnie zapadło mi w pamięć.
– Wiecie… Polska bardzo się rozwinęła. Jest nowoczesna, czysta i bezpieczna. Lubię o niej czytać. Ale ja wybrałem Grenlandię. Tutaj znalazłem swój dom.
Na koniec obiecał, że następnego ranka przyjedzie po nas do hotelu i zawiezie nas z powrotem na lotnisko.
Pożegnaliśmy się, zjedliśmy szybką kolację i każdy poszedł do swojego pokoju.
Położyłam się do łóżka.
Byłam zmęczona.
Bardzo zmęczona.
A jednak długo nie mogłam zasnąć.
Za każdym razem, kiedy zamykałam oczy, znowu widziałam bezkresny Atlantyk.
Ogromną przestrzeń.
Dryfujące kry lodowe.
I naszego Bella 429 lecącego samotnie nad oceanem.
To był dzień, którego nie zapomnę już nigdy.












Mega przygoda ,Boże jak cudownie się to czyta . Trzymam za was kciuki za ten niesamowity wyczyn
Codziennie z wielkimi emocjami czekam na dalszy opis Państwa podróży, a moje dzieci razem ze mną:), mocno kibicujemy i podziwiamy tą całą wyprawę. Piękne miejsca opowiedziane w ten fajny i swobodny sposób, czekamy na więcej!
Trafiłem tu zupełnie przypadkiem! Lotnictwem interesuję się od dziecka. Przeczytałem mnóstwo artykułów, siedziałem w różnych statkach powietrznych. Jednak Was czyta się jak dobry kryminał, czując się kolejny członek załogi „pasażer na gapę”. Widać ogromną pasję, radość z tego co robicie i zamiłowanie do ludzi. Gratuluję Wam z całego serca pasji i spełnienia marzeń z profesjonalnym podejściem do nawet najmniejszego detalu.
Wypatrując SP-WOL na polskim niebie, przesyłam pozdrowienia.
Beautifully written ! I’m excited to read what lies ahead for al of you on your journey back home !!
Stay Safe and keep posting beautiful pictures !!
Brawo!
What a rollercoaster. And so well-written. As if I am with you on-board.
As a rotorcraft enthusiast I am interested in the identity of your beauty.
Can you confirm it is serial number 57562?
Many happy landings.