pl en fr de cs

Najpiękniejsze widoki dopiero się zaczynały

Tej nocy spałam wyjątkowo dobrze. Po kilku dniach pełnych emocji, zmian planów i długich lotów w końcu obudziłam się naprawdę wyspana i wypoczęta. Nie wiedziałam jeszcze, że to będzie jeden z tych dni, które na długo pozostaną w naszej pamięci.

Na śniadanie zeszliśmy chwilę po siódmej rano. Okazało się, że hotelowa restauracja jest w remoncie, dlatego poszliśmy do niewielkiego hotelowego baru. Nasze śniadanie nie należało do najbardziej wyszukanych – ciepła bułka i kubek kawy – ale po wczorajszych przygodach smakowało wyśmienicie.

Już po kilku minutach zauważyłam coś, co bardzo mnie zaciekawiło.

Do stolików podchodzili miejscowi Inuici. Byli bardzo spokojni i niezwykle uprzejmi. W rękach trzymali własnoręcznie wykonane kolczyki, bransoletki i niewielkie pamiątki, próbując sprzedać je turystom. Na pierwszy rzut oka nie przypadły mi do gustu, ponieważ wydawało mi się, że część z nich została wykonana z futra zwierząt. Wystarczyło jednak powiedzieć krótkie „No, thank you”, a z uśmiechem odchodzili do kolejnych gości.

Bez naciskania.

Bez nachalności.

To zupełnie inne doświadczenie niż w wielu turystycznych miejscach świata.

Podczas śniadania Bogdan postanowił opowiedzieć nam swój sen.

Miałem dziś w nocy bardzo dziwny sen – zaczął.

Śniło mi się, że awaryjnie wylądowaliśmy na ogromnej krze pośrodku oceanu. Wokół była tylko granatowa woda. Było nas czworo – Ania, Sebastian, Stan i ja. Rozbiliśmy obóz, żeby przetrwać. Nagle z wody wyszedł ogromny czarny dzik z wielkimi kłami. Zaczął biec prosto na mnie. Wszyscy uciekli… nawet moja córka. A ja zostałem sam i patrzyłem mu prosto w oczy. Kiedy był już dosłownie metr ode mnie… obudziłem się. Nigdy wcześniej nie cieszyłem się tak bardzo, że leżę bezpiecznie w hotelowym łóżku.

Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

Przyznam jednak, że po chwili każdy z nas pomyślał o tym samym.

Za kilka godzin mieliśmy rozpocząć etap wyprawy, który od początku budził w nas największy respekt.

Po śniadaniu pojechaliśmy na lotnisko.

Ku naszemu zaskoczeniu wszystkie wcześniejsze prognozy okazały się zbyt pesymistyczne. Nad Iqaluit przebijało się piękne słońce, a podstawy chmur były bardzo wysokie.

Rozpoczęliśmy przygotowania do lotu oraz odprawę celną przed opuszczeniem Kanady.

W międzyczasie rozmawialiśmy z pracownikami lotniska, którzy opowiadali nam o życiu w tej części świata.

Najbardziej ciekawiły nas niedźwiedzie polarne.

Zapytałam jednego z pracowników, czy często pojawiają się w okolicach miasta.

Ostatni raz był tutaj cztery lata temu – odpowiedział spokojnie.

I musieliśmy go zastrzelić.

Przez chwilę zrobiło się cicho.

Po chwili dodał:

Niedźwiedź, który raz znajdzie jedzenie w mieście, wróci ponownie. A następnym razem może przyprowadzić kolejne. Dla mieszkańców to ogromne zagrożenie. Tutaj obowiązują bardzo jasne zasady – bezpieczeństwo ludzi jest najważniejsze.

To była dla nas zupełnie inna perspektywa.

W Europie niedźwiedź polarny kojarzy się przede wszystkim z pięknym, majestatycznym zwierzęciem.

Tutaj jest po prostu bardzo niebezpiecznym sąsiadem.

Przypomniało nam się również coś, co usłyszeliśmy poprzedniego wieczoru.

Przez otwarte okno hotelowego pokoju dochodziło do nas niezwykle głośne wycie psów.

Brzmiało to tak przejmująco, że zastanawialiśmy się, czy któremuś z nich nie dzieje się krzywda.

Pracownik lotniska tylko się uśmiechnął.

To nic złego. W Iqaluit są setki psów zaprzęgowych. Codziennie wieczorem, mniej więcej o tej samej porze, dostają jedzenie. To wycie oznacza po prostu ogromną ekscytację. Dla mieszkańców jest czymś zupełnie normalnym, ale większość przyjezdnych za pierwszym razem bardzo się niepokoi.

Kilka minut później uruchomiliśmy silniki.

Po starcie z Iqaluit pod nami ponownie pojawiły się bezkresne arktyczne pustkowia.

Skaliste wzgórza.

Setki turkusowych jezior.

I ogromna przestrzeń, która wydawała się nie mieć końca.

Patrząc przez okno śmigłowca, zadałam Bogdanowi pytanie:

Co zrobiłbyś, gdybyś został tutaj zupełnie sam?

Spojrzał przez chwilę na krajobraz.

Najpierw sprawdziłbym, czy w tych jeziorach żyją ryby. Gdybym miał sprzęt survivalowy, próbowałbym zorganizować sobie miejsce do przetrwania, szczególnie na noc. Wodę piłbym z jezior, a jeśli znalazłbym rzekę, szedłbym jej biegiem. Gdyby nie było rzeki, kierowałbym się słońcem i próbował dojść na południe.

Na chwilę zamilkł.

Po czym dodał z uśmiechem:

…ale prawdę mówiąc, pewnie i tak bym tu umarł. Bez nadajnika ratunkowego znalezienie człowieka w tak ogromnej przestrzeni graniczyłoby z cudem.

Po chwili spojrzał na Stana.

A gdybyśmy zostali tutaj razem… pewnie siedzielibyśmy na kamieniach, marzyli o torcie, zimnym piwie i grillu. Wykopalibyśmy jakąś norę przed niedźwiedziami i zbierali kamienie do obrony.

Śmialiśmy się jeszcze przez kilka następnych minut.

Wkrótce pod nami zaczęła pojawiać się Zatoka Cumberland.

I wtedy dosłownie zaniemówiliśmy.

To, co zobaczyliśmy za oknami śmigłowca, trudno opisać słowami.

Bezkresna arktyczna przestrzeń przeplatała się z niezliczoną ilością dryfującej kry lodowej. Pomiędzy białymi taflami lodu rozlewała się woda o niespotykanym, intensywnie turkusowym kolorze. W wielu miejscach w samej krze można było dostrzec niewielkie jeziorka, które mieniły się odcieniami błękitu, granatu i zieleni.

Ten krajobraz ciągnął się kilometrami.

Dosłownie nie byliśmy w stanie oderwać wzroku od okien śmigłowca.

Kilkanaście minut później, kiedy lecieliśmy nad Zatoką Cumberland, zadałam podobne pytanie Sebastianowi.

A co Ty zrobiłbyś, gdybyś musiał awaryjnie wylądować na krze?

Uśmiechnął się i odpowiedział zupełnie spokojnie:

Jeżeli miałbym na sobie suchy kombinezon ratowniczy, rozłożoną tratwę z wyposażeniem survivalowym, Garmina inReach przy sobie i flary sygnalizacyjne, to przede wszystkim zachowałbym spokój. Wiedziałbym, że służby ratunkowe będą znały naszą ostatnią pozycję. Rozłożyłbym tratwę, zabezpieczył sprzęt i… pewnie robiłbym zdjęcia. A później spróbowałbym złowić jakąś rybę, czekając na pomoc.

Roześmialiśmy się.

Ta odpowiedź doskonale pokazuje różnicę między nami.

Bogdan najpierw wyobraża sobie, jak walczy o przetrwanie.

Sebastian najpierw analizuje procedury.

I chyba właśnie dlatego tworzymy tak dobry zespół.

Tak właśnie wyglądają nasze rozmowy podczas wielogodzinnych lotów przez Arktykę.

Trochę poważne.

Trochę żartobliwe.

Ale zawsze przypominające nam, jak ważne jest odpowiedzialne planowanie każdego etapu tej wyprawy.

Jeżeli kiedykolwiek wcześniej powiedziałam, że widziałam najpiękniejsze miejsce na świecie, to dzisiaj mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nigdy wcześniej nie oglądałam tylu niezwykłych widoków podczas jednego lotu.

W pewnym momencie Sebastian spojrzał na mnie z uśmiechem i powiedział:

Poczekaj do wschodniej Grenlandii… wtedy dopiero zobaczysz, co potrafi natura.

Jeżeli to, co mieliśmy przed oczami, było tylko zapowiedzią, to zaczynaliśmy rozumieć, dlaczego tylu pilotów mówi o Grenlandii z takim zachwytem.

Po niespełna dwóch godzinach lotu i tysiącach zdjęć zapisanych w naszych telefonach oraz aparatach bezpiecznie wylądowaliśmy na lotnisku Pangnirtung (CYXP).

Jeszcze nie zdążyliśmy wyłączyć wszystkich systemów, a obok śmigłowca pojawiła się cysterna z paliwem.

Po kilku dniach podróży nic nie było już w stanie nas zaskoczyć…

A jednak.

Po raz kolejny okazało się, że za paliwo nie można zapłacić na lotnisku.

Sebastian usłyszał tylko:

Proszę wsiadać. Jedziemy do sklepu spożywczego.

Kilka minut później siedział już w kabinie cysterny, jadąc przez całe Pangnirtung.

Miasteczko liczy zaledwie około sześciuset mieszkańców.

To kolejna niewielka inuicka osada, do której – podobnie jak do Iqaluit – nie prowadzi żadna droga z pozostałej części Kanady.

Tutaj wszystko dociera drogą lotniczą albo statkiem. A kiedy przychodzi zima i morze zamarza, przez wiele miesięcy mieszkańcy są zdani wyłącznie na transport lotniczy.

Sebastian opowiadał później, że kierowca cysterny okazał się niezwykle rozmownym człowiekiem.

Po drodze pokazał mu praktycznie całe miasteczko.

Kościół.

Szpital.

Komisariat policji.

Port.

Zakład przetwórstwa ryb.

Ogromne zbiorniki paliwa, z których korzysta cała miejscowość.

Z dumą pokazał również… wszystkie trzy sklepy znajdujące się w Pangnirtung.

Dla mieszkańców to zupełnie normalne.

Dla nas było to kolejne przypomnienie, jak inaczej wygląda życie w tej części świata.

Opowiadał również o historii miejscowości.

Pokazał najstarsze drewniane domy wybudowane pod koniec lat sześćdziesiątych, w których do dziś mieszkają ludzie.

Mówił o tym, że cała osada rozwija się wyłącznie dzięki temu, co przypłynie statkiem lub przyleci samolotem.

Tutaj nie produkuje się materiałów budowlanych.

Nie ma lokalnych surowców.

Wszystko trzeba sprowadzić z zewnątrz.

Zapytany, czym zajmują się mieszkańcy, odpowiedział bez chwili zastanowienia:

Rybołówstwem.

To ono od pokoleń stanowi podstawę życia tej społeczności.

Latem łowione są jedne gatunki ryb, zimą zupełnie inne.

Na zakończenie ich krótkiej wycieczki kierowca powiedział coś, co szczególnie zapadło nam w pamięć.

Za chwilę kończę pracę. Wsiadam do swojej łódki i płynę około pół godziny w stronę fiordów, do małej chatki. Tam naprawdę można odpocząć. Jest cicho. Jest spokojnie.

Pomyślałam wtedy, że życie tutaj płynie zupełnie innym rytmem.

Bez pośpiechu.

Bez nieustannego patrzenia na zegarek.

Może właśnie dlatego ludzie, których spotykamy na naszej drodze, mają w sobie tyle spokoju i życzliwości.

Kiedy Sebastian wrócił na lotnisko, byliśmy już gotowi do dalszego lotu.

Przed nami znajdował się etap, na który czekaliśmy od pierwszego dnia planowania tej wyprawy.

Przelot przez Cieśninę Davisa.

Kanada miała za chwilę zostać za naszymi plecami.

Przed nami była Grenlandia.

Jeszcze raz sprawdziliśmy prognozy pogody.

Przeanalizowaliśmy trasę.

Przygotowaliśmy sprzęt ratunkowy.

Każdy z nas wiedział dokładnie, jakie zadania będzie wykonywał podczas lotu.

Nie było miejsca na przypadek.

Było natomiast ogromne podekscytowanie.

Przez wiele miesięcy wyobrażaliśmy sobie ten moment.

A teraz…

To wszystko działo się naprawdę.

To nie był już plan.

To nie były przygotowania.

Za chwilę mieliśmy rozpocząć najbardziej wymagający etap naszej wyprawy.

Spojrzeliśmy na siebie z uśmiechem.

Silniki naszego Bella 429 ponownie ożyły.

Przed nami czekała Grenlandia.

Wszystko mieliśmy dopięte na ostatni guzik. Prognozy pogody były znakomite, a emocje sięgały zenitu. Za chwilę mieliśmy rozpocząć etap wyprawy, o którym marzyliśmy od miesięcy. To działo się naprawdę – tu i teraz – a my byliśmy częścią tej niezwykłej ekspedycji.

 

5 4 głosy
Ocena
Subskrybuj
Powiadom o

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów