pl en fr de cs

Iqaluit – brama do Arktyki

Obudziłam się chwilę po godzinie szóstej rano. Przez całą noc silny wiatr uderzał we wschodnią ścianę budynku, przy której znajdował się mój pokój. Jego jednostajny szum i kolejne podmuchy nie pozwalały spokojnie zasnąć. To była krótka noc, ale jednocześnie wiedzieliśmy, że przed nami kolejny wyjątkowy dzień.

Jeszcze przed wyjazdem z hotelu, razem z Sebastianem postanowiliśmy wyjść na krótki spacer po Inukjuak. Wczoraj, po przylocie, nie mieliśmy na to ani czasu, ani siły. Deszcz, porywisty wiatr i zmęczenie sprawiły, że od razu schowaliśmy się w hotelu.

O poranku miasteczko sprawiało wrażenie całkowicie uśpionego. Ulice były puste, a ciszę przerywał jedynie wiatr. Spacerując pomiędzy niewielkimi domami, odniosłam wrażenie, że wszystkie wyglądają niemal identycznie, jakby powstały według jednego projektu i w tym samym czasie.

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że żaden z nich nie został wybudowany na tradycyjnych fundamentach. Wszystkie stały na stalowych podporach, sprawiając wrażenie, jakby unosiły się kilka centymetrów nad ziemią.

Powód jest bardzo prosty.

Domy zostały zbudowane na wiecznej zmarzlinie.

Gdyby posadowiono je na klasycznych fundamentach, ciepło przenikające z wnętrza budynków stopniowo rozmrażałoby zamarznięty grunt. Lód znajdujący się pod powierzchnią zacząłby topnieć, a twarda jak skała ziemia zamieniłaby się w niestabilne błoto. W takich warunkach budynki zaczęłyby osiadać, a ich konstrukcja zostałaby uszkodzona.

To kolejny przykład tego, że w tej części świata człowiek nie podporządkowuje sobie natury.

To człowiek musi dostosować się do niej.

Po krótkim spacerze wróciliśmy do hotelu, spakowaliśmy ostatnie rzeczy i byliśmy gotowi do wyjazdu na lotnisko.

Po drodze zarządca hotelu zawiózł nas jeszcze do jedynego lokalnego sklepu spożywczego. Kupiliśmy kilka produktów na śniadanie oraz zapas jedzenia na dalszą część podróży.

Po szybkim śniadaniu zjedzonym już na lotnisku i zatankowaniu śmigłowca mogliśmy rozpocząć kolejny etap naszej wyprawy.

Z lotniska Inukjuak (CYPH) obraliśmy kurs na północ, w kierunku Salluit (CYZG).

Mimo że prognozy zapowiadały poranne mgły, pogoda od samego początku wyjątkowo nam sprzyjała. Widzialność była bardzo dobra, a słońce pozwalało w pełni podziwiać niezwykłe krajobrazy północnej Kanady.

Z każdym kilometrem krajobraz stawał się coraz bardziej surowy.

Na tej szerokości geograficznej nie rosną już żadne drzewa. Panuje tutaj klimat arktyczny, w którym bardzo krótkie lato, wieloletnia zmarzlina oraz silne, porywiste wiatry skutecznie uniemożliwiają rozwój lasów.

Cały krajobraz pokrywa tundra – mchy, porosty i niewielkie krzewy, które potrafią przetrwać w tych ekstremalnych warunkach.

Patrząc przez szybę śmigłowca, trudno było uwierzyć, jak bardzo natura zmienia swoje oblicze wraz z każdym kolejnym stopniem szerokości geograficznej.

Po niespełna dwóch godzinach lotu wylądowaliśmy na lotnisku Salluit (CYZG), aby uzupełnić paliwo.

I tutaj czekała na nas kolejna niespodzianka.

Okazało się, że za tankowanie nie można zapłacić na lotnisku.

Pracownicy poinformowali nas, że płatności dokonuje się… w hotelu znajdującym się w miasteczku.

Przyznam, że było to dla nas sporym zaskoczeniem.

Na szczęście już po kilku minutach pod terminal podjechał pracownik hotelu i zaproponował, że zawiezie jedną osobę do miejscowości.

Pojechał Sebastian.

Jak później opowiadał, mieszkańcy przyjęli go z ogromną serdecznością i byli bardzo zaciekawieni tym, co robimy tak daleko na północy Kanady. Kiedy usłyszeli o naszej wyprawie, zaczęli zadawać mnóstwo pytań, a na koniec zaproponowali nawet krótkie zwiedzanie miejscowości.

Pokazali mu kościół anglikański, nowe osiedle oraz opowiadali o codziennym życiu Inuitów.

Dowiedział się również, z jakimi problemami muszą mierzyć się mieszkańcy podczas budowy nowych domów.

Latem, kiedy wieczna zmarzlina zaczyna częściowo odmarzać, grunt staje się miękki i niestabilny. Ziemia osiada, drogi pękają i deformują się, a budynki wymagają ciągłych napraw i wzmacniania konstrukcji.

Sebastian opowiadał, że jadąc przez miejscowość, doskonale było widać, jak bardzo nawierzchnia dróg pofalowała pod wpływem zmian temperatury.

Mimo tych trudności mieszkańcy sprawiali wrażenie ludzi pogodnych, życzliwych i niezwykle gościnnych.

Po raz kolejny przekonaliśmy się, że niezależnie od szerokości geograficznej to właśnie ludzie tworzą atmosferę danego miejsca.

Bardzo żałowaliśmy, że nie mogliśmy zostać w Salluit dłużej.

Zapraszano nas, abyśmy kiedyś wrócili i zostali na noc.

Kto wie…

Może kiedyś los znowu przyprowadzi nas do tej niewielkiej arktycznej miejscowości.

Po krótkim postoju w Salluit ponownie uruchomiliśmy silniki i obraliśmy kurs na północny wschód, w kierunku Iqaluit (CYFB) – naszego dzisiejszego lotniska docelowego.

Już kilka minut po starcie ukazał nam się jeden z najpiękniejszych widoków dzisiejszego dnia.

Przed nami rozciągała się Zatoka Hudsona, skąpana w promieniach słońca, a tuż nad jej powierzchnią unosiła się delikatna, biała mgła.

Z lotu ptaka wyglądała jak miękki dywan przykrywający wodę.

Była to mgła adwekcyjna – zjawisko bardzo charakterystyczne dla tych szerokości geograficznych. Latem zimne wody zatoki mają zaledwie kilka stopni Celsjusza, podczas gdy napływające znad lądu cieplejsze i wilgotniejsze powietrze gwałtownie się ochładza. Gdy osiąga temperaturę punktu rosy, para wodna skrapla się, tworząc rozległe pasma mgły.

Z góry przypominała nisko zawieszone chmury Stratus.

To był widok, od którego trudno było oderwać wzrok.

Kilka sekund później natura zaskoczyła nas po raz kolejny.

Patrząc na powierzchnię zatoki zauważyliśmy wyraźną granicę pomiędzy dwoma odcieniami wody.

Nie wynikała ona z różnicy głębokości.

To miejsce, w którym spotykają się masy wody o różnej temperaturze i zasoleniu. Ich granica jest na tyle wyraźna, że z wysokości kilkuset metrów wygląda jak linia narysowana od linijki.

To kolejny z tych widoków, których nie sposób dostrzec z poziomu ziemi.

Jednak największą niespodziankę przygotowała dla nas atmosfera.

Na jednym ze zdjęć udało mi się uchwycić niezwykłe zjawisko optyczne.

Wśród chmur pojawił się kolorowy, tęczowy okrąg otaczający cień naszego śmigłowca.

To gloria – jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie można obserwować z pokładu śmigłowca.

Powstaje wtedy, gdy Słońce znajduje się za naszymi plecami, a jego promienie odbijają się i załamują na maleńkich kropelkach wody tworzących mgłę lub cienką warstwę chmur.

W samym środku kolorowych kręgów znajdował się cień naszego Bella 429.

To zjawisko trwa zaledwie kilka chwil.

Potrzebne jest odpowiednie światło, odpowiednia wysokość lotu, właściwe chmury i… odrobina szczęścia.

Kiedy wszystkie te elementy spotkają się w jednym miejscu, natura przygotowuje spektakl, którego nie sposób zapomnieć.

Dalsza część lotu do Iqaluit przebiegała wyjątkowo spokojnie.

Po raz kolejny przekonaliśmy się, jak ogromna i niemal bezludna jest północna Kanada.

Przez wiele minut pod nami nie było niczego poza skałami, jeziorami i tundrą.

Żadnych dróg.

Żadnych miast.

Żadnych oznak cywilizacji.

Tylko natura.

To właśnie w takich chwilach człowiek uświadamia sobie, jak niewielką częścią tego świata jest.

Kilka godzin później bezpiecznie wylądowaliśmy w Iqaluit, stolicy kanadyjskiego terytorium Nunavut.

Po wczorajszej nocy spędzonej w niewielkim arktycznym miasteczku przyjazd do miasta z normalnym hotelem i restauracją wydawał się prawdziwym luksusem.

Wieczorem usiedliśmy w hotelowej restauracji, czekając na kolację.

Pierwszą prawdziwą kolację od dwóch dni.

Dzisiaj wszystko przebiegło dokładnie tak, jak zaplanowaliśmy.

Każdy odcinek trasy.

Każde tankowanie.

Każda decyzja.

Po kilku dniach nieustannych zmian planów, analiz pogody i oczekiwania na odpowiedni moment był to kolejny dzień, który zrealizowaliśmy dokładnie zgodnie z założeniami.

To dało nam ogromny spokój i jeszcze większą motywację przed tym, co czeka nas jutro.

Bo właśnie jutro rozpocznie się etap, na który czekaliśmy od pierwszego dnia przygotowań.

Etap, o którym rozmawialiśmy przez wiele miesięcy.

Etap, który udało się zrealizować jedynie nielicznym pilotom.

Grenlandia.

Rano spodziewamy się jeszcze mgieł, ale prognozy dają nadzieję na stopniową poprawę pogody.

Plan jest prosty.

Po śniadaniu polecimy na lotnisko położone na północ od Iqaluit, aby uzupełnić paliwo.

A później…

…po raz pierwszy skierujemy dziób naszego Bella 429 na wschód.

W stronę Grenlandii.

To właśnie tam zacznie się najbardziej wymagający i jednocześnie najbardziej wyczekiwany etap całej naszej wyprawy.

Mocno wierzymy, że pogoda pozostanie naszym sprzymierzeńcem.

Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, już jutro spełni się jedno z naszych największych lotniczych marzeń.

PODSUMOWANIE DZISIEJSZEGO DNIA:

Czas lotu: 3:54h

Dystans: 921 km

Max. ground speed: 184 knots

4.8 4 głosy
Ocena
Subskrybuj
Powiadom o

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

4 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Antea
06.08.2026 15:41

Podziwiam 🙂

Joanna
06.08.2026 21:17

Fascynujaca podróż.czekam na dalsze relacje 😀i zdjecia.usciski dla Pana Bogdana .Joanna z Oświecimia

Mathieu Asselin
07.08.2026 02:23

Very nice pictures!!!

Daniel
07.08.2026 22:58

Awesome ! Beautiful pictures !!