Dzisiaj już od wschodu słońca wiedzieliśmy, że to będzie przepiękny dzień do latania.
Błękitne niebo, promienie słońca i wszystkie modele pogodowe zgodnie wskazywały jedno – pogoda w końcu przestała być dla nas przeszkodą. Po kilku dniach analiz, zmian planów i cierpliwego czekania mogliśmy wreszcie rozpocząć naszą podróż do Europy.
Do siedziby Bell Textron w Mirabel dotarliśmy kilka minut po godzinie ósmej rano.
Jak każdego dnia, zostaliśmy przyjęci z niezwykłą serdecznością. Już od wejścia unosił się zapach świeżo zaparzonej kawy i jeszcze ciepłych, francuskich croissantów. Po omówieniu ostatnich kwestii organizacyjnych i wspólnym spojrzeniu na prognozy pogody zostaliśmy zaproszeni do Bell Store, gdzie mogliśmy wybrać koszulki i bluzy z logo Bell.
Od dziś z dumą będziemy promować markę Bell wszędzie tam, gdzie wylądujemy podczas naszej wyprawy.
To jednak nie koniec niespodzianek.
Na drogę otrzymaliśmy również torby pełne przekąsek, jedzenia oraz zapasów wody. To drobny gest, ale podczas takiej wyprawy ma ogromne znaczenie. Dzięki temu nawet podczas wielogodzinnych lotów nie musimy martwić się o podstawowe rzeczy.
Zawsze uważałam, że polska gościnność jest wyjątkowa i znana na całym świecie.
Dzisiaj mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że Kanadyjczycy są równie serdeczni, życzliwi i gościnni jak my, Polacy.
Od pierwszego dnia czuliśmy się tutaj jak w domu.
Daniel…
Wiem, że czytasz ten blog.
Chcielibyśmy Ci podziękować – Tobie i całemu zespołowi Bell Textron w Mirabel. Za każdą poświęconą nam chwilę, za pomoc, cierpliwość, życzliwość i uśmiech. Wasze wsparcie było dla nas nieocenione i na długo pozostanie w naszej pamięci.
Dziękujemy Wam z całego serca.
Na pożegnanie dostaliśmy również pluszowe maskotki z logo Bell. Dla wielu osób to tylko drobny upominek. Dla nas będą piękną pamiątką tej niezwykłej podróży, a być może już za kilka dni sprawią radość naszym dzieciom i najbliższym, którzy z utęsknieniem czekają na nas w Polsce.
Po starcie z Mirabel (CSW5) obraliśmy kurs na północ.
Za sterami zasiedli Stan i Sebastian.
Przez pierwsze dwie i pół godziny lotu mogłam spokojnie obserwować Kanadę z tylnego fotela.
Widoki zapierały dech w piersiach.
Niekończące się lasy.
Niezliczone jeziora.
Ogromne przestrzenie, na których przez wiele kilometrów nie było widać żadnych oznak cywilizacji.
Rozmawialiśmy o tym, że choć lecimy nad lądem, to w praktyce niewiele różni się to od lotu nad oceanem. Gdyby doszło do sytuacji awaryjnej, znalezienie odpowiedniego miejsca do lądowania byłoby niezwykle trudne.
Co jakiś czas pośród tej dzikiej przyrody dostrzegaliśmy niewielkie drewniane domki i małe pomosty z zacumowanymi łodziami. Patrząc na nie z góry, trudno było nie pomyśleć, jak niezwykłe musi być życie ludzi, którzy na co dzień mieszkają w tak odległych i pięknych miejscach.
Po dwóch i pół godzinach lotu zbliżaliśmy się do lotniska Chibougamau–Chapais (CYMT), aby uzupełnić paliwo.
Kilka minut przed lądowaniem Stan nawiązywał łączność radiową z lotniskiem Chibougamau–Chapais, zgłaszając nasze podejście do lądowania. Już sama próba poprawnego wymówienia nazwy lotniska wywołała u nas uśmiech. Trzeba przyznać, że francuskojęzyczne nazwy w Quebecu potrafią być prawdziwym wyzwaniem, zwłaszcza podczas korespondencji radiowej. Zresztą nie tylko Stan miał z tym problem – każde z nas prędzej czy później próbowało wymówić Chibougamau–Chapais i chyba nikomu nie udało się to idealnie za pierwszym razem.
Podczas postoju zwróciłam uwagę na jeszcze jedną ciekawostkę.
Po raz pierwszy zobaczyłam oznaczenia nie tylko w języku francuskim, ale również w języku Inuktitut.
To był pierwszy znak, że z każdym kolejnym kilometrem coraz bardziej zbliżamy się do północnych rejonów Kanady. Ale do tego wrócimy jeszcze później.
Po szybkim tankowaniu ponownie uruchomiliśmy silniki.
Tym razem za sterami usiadł Bogdan.
A ja…
…w końcu mogłam otworzyć laptopa i zacząć pisać tekst, który właśnie czytacie.
Za oknem krajobraz praktycznie się nie zmieniał.
Lasy.
Jeziora.
Lasy.
Jeziora.
I świadomość, że nasza prawdziwa przygoda dopiero nabiera rozpędu…
Po lądowaniu i tankowaniu na lotnisku La Grande Rivière (CYGL) ja zasiadłam za sterami Bella 429.
Z każdym kolejnym kilometrem krajobraz stawał się coraz bardziej surowy. Setki tysięcy hektarów gęstych lasów ustępowały miejsca skalistym terenom i niezliczonym niewielkim jeziorom o zaskakujących odcieniach błękitu, zieleni i granatu.
Obraliśmy kurs na nasze dzisiejsze lotnisko docelowe – Inukjuak (CYPH).
Północna Kanada zachwycała nas z każdą minutą lotu. To niezwykle dzika część świata, do której docierają tylko nieliczni. Patrząc przez szybę śmigłowca, trudno było uwierzyć, że istnieją jeszcze miejsca tak odległe od cywilizacji.
Po dwóch i pół godzinach wylądowaliśmy w Inukjuak.
Już pierwszy widok lotniska pokazał nam, że znaleźliśmy się na prawdziwym końcu świata. Szutrowy pas startowy i bardzo surowa infrastruktura lotniska robiły ogromne wrażenie.
Kilka minut po lądowaniu zaczął padać intensywny deszcz. Wiatr nie ustępował i osiągał w porywach około 35 węzłów. Rozładunek bagaży i zabezpieczanie śmigłowca nie należały do najłatwiejszych.
W międzyczasie poszłam do niewielkiego terminala lotniska, bo zaczęłam odczuwać przenikliwe zimno.
Po wejściu do środka dosłownie zamarłam.
Nie było tam ani jednej osoby.
Cisza.
Kurz.
Bałagan.
Sprawiał wrażenie, jakby od dawna nikt się tam nie pojawiał.
Do tego całkowity brak zasięgu telefonu i internetu.
W głowie zaczęły pojawiać się kolejne pytania.
Jak dostaniemy się do hotelu, który jeszcze rano udało mi się zarezerwować? To jedyny hotel w całej miejscowości liczącej zaledwie około 600 mieszkańców.
Minuty mijały, a my wciąż byliśmy sami.
Nagle pod ogrodzenie lotniska podjechały trzy małe dziewczynki na jednym quadzie.
Zafascynowane naszym śmigłowcem zatrzymały się na chwilę. Podeszłam do nich i poprosiłam o pomoc. Wyjaśniłam, że próbujemy dostać się do hotelu i zapytałam, czy mogłyby podjechać tam i poprosić, aby ktoś po nas przyjechał.
Dziewczynki bez chwili wahania ruszyły w stronę miasteczka.
Deszcz padał coraz mocniej.
Była już godzina dwudziesta.
Czekaliśmy.
Zaczęliśmy zastanawiać się, jak wygląda codzienne życie Inuitów – rdzennych mieszkańców tej części Kanady. Jak spędzają czas, czym zajmują się na co dzień i jak pielęgnują swój język – Inuktitut, którym do dziś posługuje się większość mieszkańców. To jeden z najstarszych języków rdzennych ludów Arktyki, przekazywany z pokolenia na pokolenie i będący ważnym elementem ich tożsamości. Wielu mieszkańców Inukjuak nadal utrzymuje się z rybołówstwa, polowań oraz tradycyjnego myślistwa.
W pewnym momencie pod terminal podjechał pickup.
Za kierownicą siedziała kobieta, a razem z nią troje małych dzieci.
Podbiegłam i zapytałam, czy mogłaby nam pomóc. Powiedziałam, że wylądowaliśmy ponad godzinę wcześniej, nie mamy jak dostać się do hotelu i jesteśmy tutaj zupełnie sami.
Nie zastanawiała się nawet przez chwilę.
Otworzyła samochód.
Wrzuciliśmy nasze bagaże na pakę i wsiedliśmy do środka.
Dzieci z ogromnym zaciekawieniem przyglądały się nam przez całą drogę. Jestem przekonana, że Europejczycy odwiedzający Inukjuak nie należą do codziennych gości.
To właśnie w takich chwilach człowiek uświadamia sobie, że życzliwość nie zna granic.
Można przejechać tysiące kilometrów i na samym końcu świata spotkać ludzi, którzy bezinteresownie wyciągną do Ciebie pomocną dłoń.
Za tę chwilę będziemy im wdzięczni jeszcze bardzo długo.
Im dłużej tutaj jesteśmy, tym bardziej dociera do nas, jak niezwykłe jest to miejsce. Surowe, odległe, momentami nieprzewidywalne, a jednocześnie fascynujące. To właśnie tutaj człowiek naprawdę czuje, jak mały jest wobec natury i jak niewiele potrzeba, aby znaleźć się poza zasięgiem wszystkiego, do czego przywykliśmy na co dzień.
Nie ukrywam, że towarzyszy nam również ogromny respekt wobec tego, co jeszcze przed nami. Każdy kolejny etap tej wyprawy przynosi nowe wyzwania i sytuacje, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Paradoksalnie to właśnie ta świadomość sprawia, że jeszcze bardziej doceniamy możliwość przeżywania tej niezwykłej przygody.
Bo jej wyjątkowość nie polega wyłącznie na tym, że lecimy śmigłowcem przez Kanadę, Grenlandię i Atlantyk.
Najpiękniejsze jest to, że możemy przeżywać to razem.
Razem podejmować decyzje, razem zachwycać się miejscami, do których dociera tak niewielu ludzi, i razem spełniać marzenie, które jeszcze kilka lat temu wydawało się zupełnie nierealne.
Jestem przekonana, że właśnie te wspólne chwile zapamiętamy najbardziej.
Teraz siedzimy już bezpiecznie w hotelu.
Za oknem nieustannie szaleje wiatr, a jego podmuchy uderzają o ściany budynku.
Przy wspólnym stole omawiamy dzisiejszy lot i planujemy kolejny dzień wyprawy.
Może jesteśmy trochę głodni, bo cały prowiant został w śmigłowcu, licząc na jakąś stołówkę w hotelu.
Może jesteśmy zmęczeni po długim dniu.
Ale jedno jest pewne.
Jesteśmy naprawdę szczęśliwi.
Nasza przygoda nabiera coraz większego rozpędu.
Podczas kolacji zapytałam każdego z naszej załogi o pierwsze wrażenia z Inukjuak.
Bogdan tylko się uśmiechnął i odpowiedział:
– Pusto… pusto i jeszcze raz pusto. Od kiedy wylądowaliśmy, bez przerwy pada i wieje. Sklep zamknęli o osiemnastej, otworzą dopiero rano, więc na kolację został mi tylko croissant, pół banana i kubek gorzkiej herbaty. To naprawdę koniec świata – mam wrażenie, że tutaj nawet wrony nie dolatują.
Stan zapytany, czy był kiedyś w podobnym miejscu, odparł z uśmiechem:
– Nie byłem… ale już jestem. Jest ciepło i sucho, więc nie jest źle. Trzeba się tylko pogodzić z tym, że wybór jedzenia jest mocno ograniczony. Najbardziej martwi mnie jednak to, że wciąż nie mamy potwierdzonego paliwa na jutrzejszy lot, mimo że przed przylotem wykonaliśmy wiele telefonów, żeby je zorganizować. Za to dzisiejsza pogoda podczas lotu była znakomita. Tylny wiatr dochodzący do 30 węzłów bardzo nam pomógł.
Na pytanie o prognozę na jutro Stan odpowiedział:
– Do około 12:00 UTC prognozowany jest silny wiatr z porywami do 35 węzłów. Rano spodziewamy się mgły, ale później powinna stopniowo ustępować. Chmury podniosą się aż do 6000 stóp. Bądźmy dobrej myśli.
Sebastian podsumował dzień krótko:
– Śmigłowiec spisuje się znakomicie. Pogoda podczas dzisiejszego lotu bardzo nam sprzyjała. Teraz całą uwagę skupiamy na tym, co czeka nas nad Atlantykiem. To właśnie tam pogoda będzie decydowała o kolejnych etapach naszej wyprawy.
A więc…
…z niecierpliwością czekamy na to, co przyniosą nam kolejne dni…
PODUMOWANIE:
Czas lotu: 7:15h
Dystans: 1583 km
Maksymalna ground speed: 172 knots
















Hello Anna and Team !!
Thank you for the kind words! Very much appreciated.
We are super happy to hear, you all have truly enjoyed your experience at Bell !
We are following your journey and reading your beautiful blog daily !
The door of the factory is always open, whenever you would like to visit !
Fly Safe !
Can’t wait to see all the pictures and videos at the end of this amazing journey!
– Daniel