Za chwilę rozpocznie się największa przygoda naszego życia.
Jeszcze niedawno wydawało mi się, że do tego momentu pozostało mnóstwo czasu.
A jednak miesiące minęły błyskawicznie i nadszedł dzień, w którym kupiliśmy bilet w jedną stronę i mieliśmy wsiąść na pokład samolotu lecącego do Montrealu. Trudno opisać emocje, które nam towarzyszyły. Była ekscytacja, ogromna radość, ale też świadomość odpowiedzialności za przedsięwzięcie, które planowaliśmy od wielu miesięcy.
Zanim jednak opowiemy Wam o samym odbiorze Bella 429 i locie przez Atlantyk, chcielibyśmy pokazać, jak wyglądały nasze przygotowania.
Tak naprawdę rozpoczęły się one już kilka miesięcy wcześniej.
W marcu zapisaliśmy się na szkolenie HUET (Helicopter Underwater Exit Training) w jednym z najlepszych ośrodków szkoleniowych w Polsce – Vulcan Training w Szczecinie. Wiedzieliśmy, że jeżeli planujemy loty nad północnym Atlantykiem, Grenlandią i Islandią, musimy być przygotowani również na najbardziej nieprzewidywalne sytuacje.
Było to nasze drugie szkolenie tego typu. Pierwsze ukończyliśmy jeszcze w 2018 roku, dlatego podstawową wiedzę już posiadaliśmy. Tym razem chcieliśmy ją odświeżyć i ponownie przećwiczyć wszystkie procedury.
Nasza grupa liczyła szesnaście osób – piętnastu mężczyzn i mnie. Większość uczestników stanowili pracownicy platform wiertniczych oraz technicy obsługujący statki i instalacje morskie, którzy na co dzień przemieszczają się śmigłowcami nad otwartym morzem. Rozmawiając z nimi, odniosłam wrażenie, że byliśmy jedynymi pilotami uczestniczącymi w tym szkoleniu.
Niestety, ze względu na jego charakter, nie mogliśmy wykonywać zdjęć, dlatego nie mamy żadnej fotograficznej pamiątki z tego dnia.
Szkolenie rozpoczęło się wcześnie rano od części teoretycznej. Instruktorzy szczegółowo wyjaśnili, jak zachowuje się śmigłowiec podczas awaryjnego wodowania oraz jak powinny postępować załoga i pasażerowie, aby bezpiecznie opuścić zanurzoną maszynę.
Następnie przyszedł czas na praktykę.
Ubrani w suche skafandry i kamizelki ratunkowe rozpoczęliśmy ćwiczenia w basenie. Po kilku zadaniach oswajających z wodą zajęliśmy miejsca w specjalnym symulatorze odwzorowującym kabinę śmigłowca.
Zapięci w pasy czekaliśmy, aż kabina powoli zanurzy się pod wodę.
Naszym zadaniem było zachowanie spokoju, odnalezienie wyjścia i bezpieczne wydostanie się na powierzchnię.
Każda kolejna próba była coraz trudniejsza. Musieliśmy wypychać szyby, odnajdywać drogę ewakuacji praktycznie po omacku, a na końcu opuścić kabinę, która obracała się pod wodą do góry nogami.
To były niesamowite emocje.
Ekscytacja mieszała się z ogromnym skupieniem i koniecznością przełamywania własnych granic. Każda poprawnie wykonana próba dawała ogromną satysfakcję i jeszcze większą pewność siebie.
Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że takie szkolenie powinien przejść każdy, kto choć raz latał śmigłowcem nad wodą – nie tylko piloci. W sytuacji awaryjnego wodowania zarówno pilot, jak i pasażer znajdują się dokładnie w tej samej sytuacji. Wiedza i odpowiednie przygotowanie mogą okazać się bezcenne.
Na początku czerwca rozpoczęliśmy kolejny etap przygotowań – planowanie samego przelotu z Kanady do Polski.
Spędziliśmy dziesiątki godzin na analizowaniu tras, planowaniu odcinków, obliczaniu zapasów paliwa oraz studiowaniu pogody dla północnego Atlantyku.
Rozmawialiśmy z pilotami, którzy przed nami wykonali podobne przeloty. Ogromnym wsparciem okazał się dla nas Piotr Wilk, który w 2021 roku samotnie przeleciał Atlantyk śmigłowcem Robinson R44, ustanawiając rekord przelotu śmigłowcem o masie poniżej 1000 kilogramów. Podzielił się z nami swoim doświadczeniem, udzielił wielu praktycznych wskazówek i zwrócił uwagę na kwestie, o których trudno przeczytać w podręcznikach.
Szybko zrozumieliśmy jednak, że dobrze zaplanowana trasa i odpowiednia ilość paliwa to dopiero początek.
Równie ważne było przygotowanie sprzętu, który – mamy nadzieję – nigdy nie będzie nam potrzebny.
Rozpoczęliśmy kompletowanie wyposażenia survivalowego i ratunkowego. W Kanadzie wypożyczyliśmy suche skafandry, tratwę ratunkową oraz wyposażenie sygnalizacyjne przeznaczone do lotów nad oceanem. Kupiliśmy śpiwory przystosowane do niskich temperatur, koce termiczne, krzesiwo, zapałki sztormowe, sygnalizatory świetlne, wojskowe racje żywnościowe oraz wiele innych elementów wyposażenia, które – w razie awaryjnego lądowania – mogłyby pomóc nam przetrwać.
Mamy ogromną nadzieję, że żaden z tych przedmiotów nigdy nie opuści swoich opakowań.
Po skompletowaniu sprzętu ratunkowego, przygotowaniu odpowiedniej odzieży na grenlandzkie temperatury oraz dopięciu wszystkich szczegółów poczuliśmy, że jesteśmy prawie gotowi.
Pozostało już tylko kupić bilet.
W międzyczasie prowadziliśmy również wszystkie formalności związane z rejestracją śmigłowca na polskie znaki, przygotowaniem dokumentacji i dopuszczeniem maszyny do lotu.
Na szczęście nie byliśmy w tym sami. Mogliśmy liczyć na wsparcie osób i firm, które od lat zajmują się podobnymi operacjami. Ich doświadczenie, wiedza i życzliwość okazały się dla nas nieocenione.
A dziś…
Piszę ten tekst, siedząc na lotnisku.

Przelot przez Atlantyk.
Mamy nadzieję, że jesteśmy doskonale przygotowani na każdą ewentualność. Mimo to doskonale wiemy, że w lotnictwie nie da się zaplanować wszystkiego.

Śledzę poczynania i czekam na kolejne publikacje:)
Pozdrawiam
Krzysztof Kielczyk
Trzymam za Was kciuki. Życzę pięknej pogody i czystego nieba. Powodzenia Beti.
Jestem dumny z was dziadku i mamo czekam na dalsze dnie i nie mogę się doczekać opowieści o waszej wyprawie jak wrócicie do domu
Trzymam za Was kciuki! 😊