pl en fr de cs

Zrobiliśmy to! Bell 429 SP-WOL przyleciał do domu

Ekscytacja sięgała zenitu. Byliśmy już tak blisko domu, że każdy kolejny kilometr wydawał się trwać wieczność, a jednocześnie chciałam, żeby ta chwila trwała jak najdłużej. Przez ostatnie trzynaście dni każdego ranka budziliśmy się z myślą o kolejnym odcinku, kolejnym lotnisku, kolejnej przeprawie nad oceanem, a dzisiaj po raz pierwszy od początku tej wyprawy wiedzieliśmy, że przed nami już tylko ostatnie kilometry.

Na wysokości Włocławka Bogdan, który siedział za sterami, przełączył się na częstotliwość Warszawa Informacja 123,975 i zgłosił nasze zamiary.

– Warszawa Informacja, dzień dobry, kłania się śmigłowiec SP-WOL.

– SP-WOL, Warszawa Informacja, nadawaj.

– Warszawa Informacja, SP-WOL, śmigłowiec Bell 429, aktualnie na trawersie Włocławka, wykonujemy do EPDJ.

I wtedy usłyszeliśmy:

– SP-WOL, Warszawa Informacja, QNH 1028. Witamy w domu po długiej podróży.

I chyba właśnie wtedy pojawiły się pierwsze łzy wzruszenia.

Lepszego przywitania na polskiej częstotliwości naprawdę nie mogliśmy sobie wymarzyć. Kilka prostych słów, wypowiedzianych spokojnym głosem kontrolera, a w jednej chwili poczuliśmy ogrom emocji. Przez ostatnie dni słyszeliśmy dziesiątki różnych języków, zgłaszaliśmy się na kolejnych częstotliwościach, przelatywaliśmy przez przestrzenie powietrzne Kanady, Grenlandii, Islandii, Wysp Owczych, Wielkiej Brytanii i Norwegii, a teraz po raz pierwszy od wielu dni usłyszeliśmy polski głos mówiący do nas: „Witamy w domu”.

Na co dzień wykonujecie niezwykle odpowiedzialną pracę i dbacie o bezpieczeństwo wszystkich, którzy znajdują się w powietrzu. Tym razem jednak daliście nam coś jeszcze – kilka słów, które w tym konkretnym momencie znaczyły dla nas naprawdę bardzo wiele. Wiedzieliśmy, że nasza historia dotarła również do Was i że gdzieś tam, po drugiej stronie radia, byli ludzie, którzy wiedzieli, skąd przylecieliśmy i jak długo czekaliśmy na ten moment.

Dziękujemy Wam za to.

Od Wołomina dzieliło nas już dosłownie kilkanaście kilometrów.

Czekaliśmy na ten moment prawie dwa tygodnie, ale tak naprawdę planowaliśmy go od wielu miesięcy. Przez cały ten czas w naszych głowach była jedna myśl – bezpiecznie dolecieć do Polski. Oczywiście po drodze było mnóstwo zachwytu, emocji, niesamowitych widoków, trudnych decyzji i chwil, których nie zapomnimy do końca życia, ale gdzieś z tyłu głowy zawsze mieliśmy ten jeden najważniejszy cel – wrócić do domu.

I teraz właśnie ten dom był już przed nami.

Patrząc przez okno śmigłowca, w swojej głowie zaczęłam odtwarzać obrazy z całej naszej podróży. Dzika, surowa tundra północnej Kanady, tysiące jezior, arktyczne osady, Grenlandia z jej potężnymi lodowcami i górami lodowymi, bezkresny Ocean Atlantycki, gorąca i wulkaniczna Islandia, zielone Wyspy Owcze, skaliste Szetlandy, fiordy Norwegii, Morze Północne i w końcu polska ziemia, której widok był dla nas chyba najbardziej wyczekiwanym widokiem całej wyprawy.

Tyle różnych światów zobaczyliśmy w ciągu zaledwie trzynastu dni.

Tyle miejsc, o których wcześniej mogliśmy tylko czytać albo oglądać zdjęcia.

A teraz wszystkie te obrazy mieliśmy w pamięci.

To była przygoda naszego życia. Przygoda, o której marzyliśmy od wielu lat i która jeszcze niedawno wydawała się bardzo odległym planem. A teraz siedzieliśmy w naszym Bellu 429, lecąc w stronę własnego domu, i zaczynało do nas docierać, że naprawdę to zrobiliśmy.

Kiedy nadlecieliśmy nad Wołomin, zobaczyłam w końcu dobrze znane mi od dziecka budynki.

I wtedy poczułam ogromny ścisk w gardle.

To był zupełnie inny rodzaj emocji niż wszystkie, które towarzyszyły mi wcześniej podczas tej podróży. Grenlandia zachwycała mnie swoją potęgą, Atlantyk budził ogromny respekt, a arktyczne krajobrazy odbierały mowę, ale teraz patrzyłam przez okno na miejsce, które znałam od zawsze.

Wołomin.

Miasto, w którym się urodziłam i wychowałam, miasto, w którym mieszkam i które od zawsze ma wyjątkowe miejsce w moim sercu.

Tym razem znowu zobaczyłam je z góry.

Po tylu dniach oglądania obcych, odległych i niedostępnych miejsc ten widok był dla mnie najpiękniejszy ze wszystkich.

Bo był mój.

– Za chwilę lądujemy – powiedziałam chyba bardziej do siebie niż do pozostałych.

Za chwilę mieliśmy dotknąć płozami wołomińskiej ziemi.

Za chwilę mieliśmy zakończyć tę niezwykłą podróż.

Za chwilę mieliśmy zobaczyć ludzi, za którymi tęskniliśmy przez ostatnie dwa tygodnie.

Podczas podejścia do lądowania zaczęliśmy dostrzegać nasze rodziny, przyjaciół i znajomych. Widzieliśmy ludzi stojących przy lądowisku, telefony i aparaty skierowane w stronę naszego śmigłowca, wszystkich czekających na nas z ogromną ekscytacją.

I wtedy dotarło do mnie, że przez całą tę podróż oni również byli jej częścią.

Czytali codziennie nasze wpisy, wysyłali nam dziesiątki wiadomości, śledzili naszą trasę na mapie i czekali na każdy kolejny etap. Czasami nie byliśmy w stanie odpisać, czasami przez wiele godzin nie mieliśmy zasięgu, czasami byliśmy tak zmęczeni po całym dniu lotu, że jedyne, o czym marzyliśmy, to sen. Ale przez cały czas czuliśmy tę dobrą energię, którą wysyłali nam z Polski.

Czuliśmy, że jesteście z nami, mimo że dzieliły nas tysiące kilometrów.

I wtedy zobaczyliśmy coś, czego absolutnie się nie spodziewaliśmy.

Czerwony dywan.

A na dziobie naszego Bella 429 ogromną, czerwoną kokardę.

Wylądowaliśmy.

Silniki zostały wyłączone.

Przez chwilę chyba żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć.

Byliśmy totalnie zaskoczeni.

W moich oczach pojawiły się łzy, bo kompletnie się tego nie spodziewałam. Przez całą podróż byliśmy przygotowani na różne rzeczy, ale nikt nie przygotował nas na takie powitanie.

Otworzyłam drzwi śmigłowca i wpadłam w ramiona moich dzieci, Kubusia i Bartusia, oraz mojego narzeczonego Piotrka.

I wtedy wszystkie emocje, które przez ostatnie trzynaście dni były gdzieś głęboko schowane, po prostu puściły.

Było morze łez, uścisków, śmiechu i szczęścia.

Po tylu dniach spędzonych razem w śmigłowcu, po tysiącach kilometrów i dziesiątkach godzin lotu nagle wszystko inne przestało mieć znaczenie. Nie liczyły się już parametry lotu, wiatr, pogoda, kolejne punkty nawigacyjne, zużycie paliwa ani następne lotnisko.

Byliśmy w domu.

Byliśmy bezpieczni.

I byli z nami ludzie, za którymi tak bardzo tęskniliśmy.

W tym momencie naprawdę trudno było powstrzymać łzy.

Była moja najbliższa rodzina, mój brat Adam, który stworzył najpiękniejszy projekt malowania naszego Bella 429, Serafina Ogończyk-Mąkowska – Prezes Aeroklubu Polskiego, oraz Magdalena Karska – Członek Zarządu JB Aviation & Aero Club wraz z synem Janem.

Dziękuję Wam wszystkim, że byliście z nami w tej wyjątkowej chwili i że wspieraliście nas na każdym etapie tej niezwykłej podróży.

Kiedy człowiek przez kilkanaście dni jest cały czas skupiony na pogodzie, paliwie, trasie, procedurach, lotniskach, czasie i bezpieczeństwie, nie ma właściwie przestrzeni, żeby zatrzymać się i pomyśleć o tym, co właśnie przeżywa. Każdy dzień przynosił kolejne wyzwania i trzeba było myśleć o następnym odcinku.

A potem nagle wszystko się kończy.

Silniki zostają wyłączone.

Otwierają się drzwi.

I widzisz przed sobą swoich najbliższych.

Dopiero wtedy dociera do Ciebie, jak długa droga jest już za Tobą.

I czego właśnie dokonaliśmy.

Po raz kolejny Bell 429 zachwycił nas swoimi możliwościami. Ilość rzeczy, które zabraliśmy ze sobą w tej podróży, była naprawdę niewiarygodna. Mieliśmy wyposażenie ratunkowe, jedzenie, wodę, ubrania, sprzęt, zapasy i wszystko, co mogłoby być nam potrzebne w sytuacji awaryjnej.

Dzisiaj wszystkie te rzeczy stały się dla nas swoistą pamiątką po tej wyprawie. Każdy przedmiot przypomina nam o kolejnym etapie podróży, o Grenlandii, o Atlantyku, o Arktyce i o tych chwilach, kiedy patrzyliśmy przez okna śmigłowca i nie mogliśmy uwierzyć w to, co widzimy.

Nasza podróż z Kanady do Polski trwała 9 dni.

Spędziliśmy w powietrzu około 40 godzin.

Pokonaliśmy ponad 5000 mil.

Ale to są tylko liczby.

Nie pokazują setek rozmów, wspólnych decyzji, żartów, zmęczenia, emocji, zachwytu i tych wszystkich chwil, których nie da się zmierzyć żadnym zegarem ani nawigacją.

Nie pokazują również naszej załogi.

A to właśnie ludzie, którzy siedzieli obok mnie przez te wszystkie godziny, byli jednym z najważniejszych elementów tej wyprawy.

Byliśmy niezwykle zgraną załogą. Każdy z nas miał swoje zadania, ale jednocześnie potrafiliśmy wzajemnie się uzupełniać i reagować wtedy, kiedy było to potrzebne. Nie mieliśmy ani jednej chwili zwątpienia w siebie nawzajem, nie było nieporozumień ani sytuacji, w której ktoś zostałby sam ze swoim problemem.

Byliśmy bardzo metodyczni, zorganizowani i odpowiedzialni, ale jednocześnie potrafiliśmy się śmiać nawet wtedy, kiedy lecieliśmy tysiące metrów nad Atlantykiem i żartowaliśmy o łowieniu łososia przez boczne okno śmigłowca.

Wiedzieliśmy, że każdy z nas odpowiada nie tylko za siebie, ale również za pozostałe trzy osoby. I chyba właśnie ta świadomość sprawiła, że przez całą wyprawę tworzyliśmy jeden organizm, w którym każdy znał swoje miejsce i wiedział, że może liczyć na pozostałych.

Chciałabym Wam bardzo podziękować, załogo Bella 429, za wyczyn, którego dokonaliśmy.

Bogdan, Stan, Sebastian – dziękuję Wam wszystkim razem i każdemu z osobna.

Jesteśmy doskonałą drużyną.

Najlepszą załogą, jaką mogłam sobie wymarzyć.

Jestem z Was niezwykle dumna i naprawdę trudno mi znaleźć słowa, żeby opisać, jak bardzo jestem szczęśliwa, że właśnie z Wami mogłam przeżyć tę wyprawę.

Za nami dziesiątki wspólnych godzin i tysiące mil spędzonych w jednym śmigłowcu. Razem przelecieliśmy nad miejscami, które jeszcze niedawno wydawały się nam zupełnie niedostępne, razem podejmowaliśmy decyzje, razem przeżywaliśmy zachwyt i zmęczenie, razem czekaliśmy na poprawę pogody i razem w końcu wylądowaliśmy w domu.

Z taką załogą mogłabym lecieć na koniec świata.

I chyba właśnie to zrobiliśmy.

Ogromne wyrazy wdzięczności kieruję również do Piotra Wilka – niesamowitego pilota, który również przeleciał śmigłowcem Robinson R44 z Kanady do Polski.

Piotr, byłeś naszym ogromnym wsparciem podczas planowania tej wyprawy i przede wszystkim ogromną inspiracją do stworzenia tego bloga.

To właśnie podczas jednej z naszych rozmów powiedziałeś:

– Zapisujcie codziennie wieczorem notatki z każdego dnia. To jest taki intensywny czas, że za dwa dni nie będziecie pamiętać, co robiliście przedwczoraj.

Miałeś rację.

Dlatego zaczęłam pisać.

Dzisiaj, kiedy patrzę na wszystkie te wpisy, wiem, że bez nich wiele szczegółów mogłoby po prostu zniknąć w naszej pamięci. Ta podróż była tak intensywna, że każdego dnia działo się tyle rzeczy, że czasami jeszcze wieczorem nie byliśmy w stanie uwierzyć, co wydarzyło się zaledwie kilka godzin wcześniej.

Dziękuję Ci, Piotr.

Zainspirowałeś mnie do stworzenia tej historii i mam nadzieję, że wyszło nie najgorzej.

A kiedy wydawało nam się, że tego dnia natura nie może już niczym nas zaskoczyć, pojawiło się jeszcze jedno niezwykłe zjawisko – zaćmienie Słońca.

12 sierpnia 2026 roku częściowe zaćmienie Słońca było widoczne również w Polsce, a w okolicach Warszawy jego maksimum przypadło około godziny 20:02.

Nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszego powitania na polskiej ziemi.

Po trzynastu dniach podróży, po przemierzeniu Arktyki, Atlantyku, Grenlandii, Islandii, Wysp Owczych, Szetlandów i Norwegii, kiedy w końcu znaleźliśmy się w domu, Słońce przywitało nas w Polsce w tak niezwykły sposób.

Jakby natura chciała postawić ostatnią kropkę nad „i”.

I wtedy pomyślałam, że to wszystko naprawdę się wydarzyło.

Kanada.

Arktyka.

Grenlandia.

Atlantyk.

Islandia.

Wyspy Owcze.

Szetlandy.

Norwegia.

Morze Bałtyckie.

I w końcu…

Wołomin.

Polska.

Dom.

To nie jest jednak koniec naszej historii.

To dopiero początek historii z Bellem 429.

Jesteśmy niezwykle podekscytowani tym, co przyniosą kolejne miesiące i lata. Ten śmigłowiec otworzył przed nami zupełnie nowe możliwości i już teraz zastanawiamy się, dokąd polecimy nim następnym razem.

Jedno jest pewne – jeszcze wiele razy będziemy zamykać drzwi Bella 429, uruchamiać turbiny i patrzeć, jak ziemia zaczyna oddalać się pod naszymi płozami.

A kiedy emocje trochę opadły, a wszyscy zdążyliśmy już przywitać się z naszymi najbliższymi, przyszedł jeszcze jeden wyjątkowy moment. Nasz Bell 429 po raz pierwszy wylądował w swoim własnym, wołomińskim domu. Powoli wprowadziliśmy go do hangaru, zamknęliśmy drzwi i przez chwilę jeszcze staliśmy obok, patrząc na niego w zupełnej ciszy.

Trudno było uwierzyć, że ta sama maszyna, która trzynaście dni wcześniej stała w Mirabel w Kanadzie, właśnie zakończyła swoją pierwszą wielką podróż i znalazła się w swoim nowym domu. Przeleciała z nami ponad 5000 mil, przemierzyła Arktykę, pokonała Atlantyk, Grenlandię, Islandię, Wyspy Owcze, Szetlandy, Norwegię i Bałtyk, a teraz w końcu znalazła swoje miejsce w naszym hangarze.

Nasz Bell 429 przyleciał do domu. I chyba dopiero teraz naprawdę poczuliśmy, że ta niezwykła podróż dobiegła końca.

A może właściwie… dopiero się zaczyna.

I właśnie tego najbardziej nie mogę się doczekać.

A na koniec chcę podziękować również Tobie.

Tobie, Czytelniku.

Jeżeli dotarłeś aż tutaj, to znaczy, że byłeś z nami od początku tej historii. Nie spodziewałam się, że ten blog będzie miał tyle odsłon, tyle wiadomości i że tak wiele osób będzie każdego dnia czekało na kolejny wpis.

To właśnie Ty byłeś dla mnie inspiracją, żeby pisać, żeby zatrzymywać te chwile i próbować zamknąć w słowach emocje, które towarzyszyły nam każdego dnia.

Każdego dnia naszej podróży laptop towarzyszył mi praktycznie w każdej wolnej chwili. Czasami pisałam zmęczona po całym dniu lotu, czasami późno w nocy, czasami jeszcze wtedy, kiedy pozostali już spali. Wiedziałam, że jeśli nie zapiszę tego od razu, za kilka dni mogę nie pamiętać szczegółów.

Dzisiaj wiem, że zrobiłam dobrze.

Bo teraz mogę wrócić do każdego z tych dni.

Mogę ponownie zobaczyć Grenlandię.

Poczuć wiatr nad Atlantykiem.

Usłyszeć rozmowy naszej załogi.

Przypomnieć sobie pierwszy widok Islandii.

Zobaczyć góry Wysp Owczych.

Przypomnieć sobie fiordy Norwegii.

I przede wszystkim jeszcze raz przeżyć ten moment, kiedy nad Wołominem zobaczyłam dobrze znane mi miejsca, a chwilę później otworzyłam drzwi Bella 429 i zobaczyłam swoje dzieci.

To właśnie dla takich chwil warto marzyć.

Warto planować.

Warto czasami zrobić coś, co dla innych może wydawać się niemożliwe.

Dziękuję, że byliście z nami.

Dziękuję za każde słowo, każdą wiadomość, każde udostępnienie i każdy ślad Waszej obecności podczas tej podróży.

Dziękuję, że lecieliście z nami – choć tylko za pośrednictwem tego bloga – przez tysiące kilometrów.

Ta wyprawa właśnie się skończyła.

Ale nasza przygoda dopiero się rozpoczyna.

Mamy Bella 429.

Mamy ogromną ciekawość świata.

Mamy mnóstwo pomysłów.

I chyba jeszcze więcej miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć z góry.

Czekajcie na kolejne historie.

Bo naprawdę nie wiemy jeszcze, dokąd zabierze nas Bell 429.

 

4.9 8 głosy
Ocena
Subskrybuj
Powiadom o

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

2 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Joanna
13.08.2026 07:02

Dziekuje za możliwość uczestniczenia w Waszej wyprawie.Było pieknie a na koncu drogi wzruszająco.Dziekuje . Życze kolejnych wspaniałych lotów i spełniania marzeń.😀👏gratulacje dla całej załogi i wspaniałej maszyny 👍

zibi
13.08.2026 10:06

Witajcie w Polsce!
Czytałem Wasze relacje z zapartym tchem, bo to prawie jak powieść sensacyjna.Dokonaliście czegoś, co wydałoby się niemożliwe.
Gratuluję,pozdrawiam i proszę o jeszcze.