Obudziłam się dzisiaj niezwykle podekscytowana. Minęło już 13 dni, odkąd wylecieliśmy do Kanady po naszego Bella 429. Przez te wszystkie dni zobaczyliśmy miejsca, o których wcześniej mogliśmy tylko marzyć, pokonaliśmy tysiące kilometrów i przeżyliśmy więcej, niż mogliśmy sobie wyobrazić.
Ale od początku tej podróży mieliśmy jeden cel – bezpiecznie wrócić do domu.
I dzisiaj w końcu miał się spełnić.
Tęskniłam już za domem. Za rodziną, przyjaciółmi, za normalnością i tym wszystkim, co przez ostatnie kilkanaście dni było tak bardzo daleko. Byłam szczęśliwa, że jeszcze tylko kilka godzin dzieli nas od Polski.
Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy na lotnisko Stavanger Sola. Zapakowaliśmy do śmigłowca nasze bagaże, wykonaliśmy wszystkie czynności przedlotowe i po chwili uruchomiliśmy silniki.
Dostaliśmy zgodę na zajęcie pasa 36 i start.
Kiedy oderwaliśmy płozy od pasa, Norwegia ponownie pokazała nam swoje niezwykłe piękno. Za oknami pojawiły się potężne góry i głębokie fiordy. Zielone zbocza, skaliste szczyty i granatowa woda tworzyły krajobraz, który z powietrza wyglądał zupełnie inaczej niż wszystko, co widzieliśmy wcześniej.
Lecieliśmy dalej na południe, coraz bliżej Polski.
Po około dwóch godzinach wylądowaliśmy na lotnisku Roskilde (EKRK) w Danii.
Szybkie tankowanie, kilka minut odpoczynku i ponownie byliśmy gotowi do lotu.
Tym razem przed nami był już Bałtyk.
Kiedy przekroczyliśmy jego wody, zaczęliśmy wypatrywać polskiego lądu.
I w końcu go zobaczyliśmy.
Polska.
Nie potrafię opisać tego uczucia.
Po tylu dniach, po Arktyce, Grenlandii, Islandii, Wyspach Owczych, Szetlandach, Morzu Północnym i Norwegii nagle przed nami pojawił się kraj, do którego tak bardzo chcieliśmy wrócić.
Nawiązaliśmy łączność z polską częstotliwością Gdańsk Informacja.
Jak niezwykle miło było znowu słuchać korespondencji radiowej w języku polskim.
To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek uświadamia sobie, jak bardzo jest już blisko domu.
Po kolejnych kilkudziesięciu minutach wylądowaliśmy w Bydgoszczy, gdzie czekało nas szybkie tankowanie.
I tutaj ponownie przekonaliśmy się, jak ogromne zainteresowanie wzbudza nasz Bell 429.
Pracownicy lotniska podchodzili, pytali o śmigłowiec, o jego możliwości, ale przede wszystkim o naszą trasę.
Skąd przylecieliśmy?
Jak wyglądał lot przez Atlantyk?
Jak poradził sobie śmigłowiec?
Ile godzin spędziliśmy w powietrzu?
Po raz kolejny opowiadaliśmy naszą historię, tym razem już na polskiej ziemi.
Po szybkim tankowaniu zamknęliśmy drzwi Bella.
Przed nami był ostatni odcinek tej niezwykłej podróży.
Kierunek – Wołomin.
Teraz siedzę z tyłu śmigłowca. Za sterami jest Bogdan, a ja piszę dla Was ten tekst.
Za kilka chwil usłyszycie nas nad Wołominem.
Jeszcze tylko trzydzieści minut.
Jeszcze kilka ostatnich kilometrów.
A potem dotkniemy płozami wołomińskiej ziemi.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam tak podekscytowana.
Serce bije mi coraz szybciej, bo wiem, że za chwilę zobaczę wszystko to, za czym tęskniłam przez ostatnie 13 dni.
Naszych bliskich.
Nasze rodziny.
Przyjaciół.
I przede wszystkim nasze dzieci.
W głowie mam wszystkie miejsca, które zobaczyliśmy podczas tej podróży. Arktyczne pustkowia, Grenlandię, bezkresny Atlantyk, Islandię, Wyspy Owcze, Szetlandy, Norwegię i tysiące kilometrów, które pokonaliśmy naszym Bellem 429.
Jeszcze kilka chwil temu te miejsca wydawały się tak odległe.
A teraz jesteśmy już tutaj.
W Polsce.
Za chwilę będziemy w domu.
I chyba właśnie teraz, kilka minut przed lądowaniem w Wołominie, dociera do mnie, jak ogromną podróż udało nam się wspólnie odbyć.
Było w niej wszystko – zachwyt, zmęczenie, emocje, wyzwania, piękno natury, ocean, lodowce, góry, wiatr i setki godzin przygotowań.
Ale przede wszystkim byliśmy w tym wszystkim razem.
I już za chwilę będziemy mogli powiedzieć:
Zrobiliśmy to. Wróciliśmy do domu.
Jeszcze tylko kilka minut…
Czekajcie na nas, Wołomin. Już lecimy!





👏👏👏😀