Jeśli sądzisz, że wiesz już wszystko…
„Jeśli sądzisz, że wiesz już wszystko, to znaczy, że zostałeś źle poinformowany.”
Te słowa towarzyszą mi właściwie przez całe życie.
Im jestem starszy, tym lepiej rozumiem ich sens.
Kiedy byłem młodym chłopakiem, fascynowały mnie rzeczy trudne. Zwyczajne cele szybko przestawały mnie interesować. Pociągało mnie to, czego nie znałem, czego nie rozumiałem i co na pierwszy rzut oka wydawało się zbyt trudne albo wręcz niemożliwe do wykonania.
Z wiekiem człowiek powinien podobno stawać się rozsądniejszy.
Nie jestem pewien, czy w moim przypadku ta zasada zadziałała.
Mam dziś 68 lat i nadal, kiedy ktoś mówi mi, że czegoś nie da się zrobić, pierwszą myślą nie jest: „w takim razie odpuśćmy”, tylko: „zastanówmy się, jak można to zrobić”.
Może właśnie dlatego, kiedy przyszedł czas na odbiór naszego nowego Bella 429 z fabryki w Kanadzie, stanęliśmy przed wyborem.
Można było przygotować śmigłowiec do transportu i sprowadzić go do Europy drogą morską.
Rozwiązanie rozsądne.
Bezpieczne.
Sprawdzone.
I można było zrobić coś zupełnie innego.
Polecieć nim do domu.
Z Kanady do Polski.
Przez północ Kanady, Arktykę, Grenlandię, lodowaty Atlantyk, Islandię, Wyspy Owcze, Szetlandy, Morze Północne, Norwegię i dalej do Wołomina.
Pamiętam jedną z pierwszych rozmów na ten temat z moją córką Anią. Początkowo chyba oboje traktowaliśmy ten pomysł trochę jak marzenie. Rzucasz coś przy stole, zastanawiasz się, uśmiechasz, a później wracasz do codziennych spraw.
Tyle że my nie przestaliśmy o nim rozmawiać.
Zaczęły pojawiać się mapy.
Potem odległości.
Lotniska.
Zasięgi.
Paliwo.
Pogoda.
Wyposażenie ratunkowe.
Procedury.
Szkolenia.
Kolejne rozmowy.
I w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że to, co jeszcze niedawno było szalonym pomysłem ojca i córki, zaczyna przypominać prawdziwy plan.
Ania ma podobną cechę charakteru do mnie. Kiedy już naprawdę uwierzy, że coś można zrobić, bardzo trudno ją zatrzymać. Myślę, że właśnie dzięki jej determinacji ten pomysł nie pozostał jedną z tych historii zaczynających się od słów: „kiedyś chciałbym…”.
Powiedzieliśmy sobie: spróbujmy.
I wtedy zaczęła się przygoda.
Ale zanim opowiem o Bellu 429 i Atlantyku, muszę cofnąć się o wiele lat.
Bo ta wyprawa nie zaczęła się w Kanadzie.
W pewnym sensie przygotowywałem się do niej przez całe życie.
Świat zawsze ciągnął mnie tam, gdzie było trudniej
Około czterdziestu lat temu wyruszyłem do Peru z moim przyjacielem Markiem Witkowskim.
Nie jechaliśmy tam na wakacje.
Trafiliśmy do kopalni złota Mina Sol de Oro, gdzie w bardzo prowizorycznych warunkach laboratoryjnych pracowaliśmy nad metodą rafinacji złota niewymagającą stosowania szkodliwej rtęci.
Dziś, kiedy o tym myślę, widzę przede wszystkim młodego człowieka, który chyba nie do końca rozumiał, jak daleko od swojego normalnego świata właśnie się znalazł.
Nie było telefonów komórkowych, Internetu, map satelitarnych w kieszeni ani możliwości sprawdzenia wszystkiego w ciągu kilku sekund.
Tak naprawdę jechałem w nieznane.
Peru pokazało mi świat, o którego istnieniu wcześniej wiedziałem głównie z książek.
Poznałem ludzi żyjących zupełnie inaczej niż my. Byłem na jeziorze Titicaca, gdzie spotkałem mieszkańców żyjących na pływających wyspach budowanych z trzciny. Trafiłem do amazońskiej selwy. Poznałem Indian Bora.
Pamiętam upał, wilgoć, zapach ziemi i roślinności, kompletną zmianę rytmu dnia. Pamiętam też ludzi, którzy według naszych europejskich kryteriów posiadali niewiele, a jednocześnie wcale nie sprawiali wrażenia, jakby czegoś im brakowało.
To było dla mnie pierwsze poważne zderzenie z prostą prawdą: nasze wyobrażenie o tym, jak „powinno” wyglądać życie, jest tylko jednym z tysięcy możliwych sposobów życia.
Później, już jako młody przedsiębiorca, sprowadzałem surowce z terenów byłego Związku Radzieckiego. Interesy zaprowadziły mnie w miejsca, których przeciętny turysta raczej nie wpisuje na listę wakacyjnych kierunków.
Tajga.
Syberia.
Fabryki oddalone od wielkich miast o setki kilometrów.
Miejsca, w których zima nie była ładnym widokiem za oknem, lecz przeciwnikiem, z którym człowiek mierzył się każdego dnia.
Patrzyłem na ludzi, którzy przy temperaturach trudnych do wyobrażenia dla większości Europejczyków normalnie pracowali, wychowywali dzieci, budowali domy, naprawiali maszyny i po prostu żyli.
Znowu dostałem lekcję pokory.
Człowiek potrafi przystosować się do niewiarygodnie trudnych warunków.
I, co ciekawe, często im mniej ma wokół siebie wygód, tym bardziej zaczyna doceniać drugiego człowieka.
Po wielu latach ponownie spotkaliśmy się z Markiem i grupą naszych przyjaciół. Tym razem rzuciło nas na drugi koniec świata – do Indonezji.
Lasy deszczowe.
Wilgoć, od której człowiek miał wrażenie, że nigdy już nie będzie całkowicie suchy.
Owady pojawiające się wszędzie.
Długie godziny spędzane na prostej drewnianej łodzi, która była chwilami jedynym sposobem, żeby przemieścić się dalej.
Rzeka ciągnąca się przed nami, ściana zieleni po obu stronach i świadomość, że nie można po prostu skręcić w boczną ulicę i wrócić do hotelu.
W takich warunkach błyskawicznie zmienia się hierarchia potrzeb.
Nagle przestaje mieć znaczenie, jaki masz zegarek, samochód i stanowisko.
Znaczenie ma sucha koszula.
Łyk wody.
Możliwość odpoczynku.
Człowiek obok, któremu możesz zaufać.
I poczucie, że wspólnie poradzicie sobie z tym, co przyniesie następny dzień.
Mógłbym opisać jeszcze wiele takich historii.
Było ich naprawdę dużo i każda pozostawiła we mnie jakiś ślad.
Jeżeli będziecie chcieli, napiszcie w komentarzach. Chętnie wrócę do tych wspomnień i opiszę je dokładniej, bo dziś widzę, że pewne historie warto ocalić od zapomnienia.
Teraz jednak wróćmy do Bella.
Cztery osoby i jeden cel
Kiedy decyzja o przelocie z Kanady do Polski została podjęta, skończył się czas marzeń, a zaczął czas odpowiedzialności.
Wiedziałem, że nie może to być spontaniczna wycieczka.
Potrzebowałem ludzi, którym będę mogli zaufać bez zastrzeżeń.
Do naszego zespołu dołączyli Stan Tarasovič – pilot Bell Textron z Pragi, człowiek z ogromnym doświadczeniem, mający na Bellu 429 tysiące godzin nalotu. Kiedy lata się nad miejscami, w których najbliższe bezpieczne lądowisko może być bardzo daleko, doświadczenie przestaje być rubryką w życiorysie. Staje się czymś, od czego może zależeć życie całej załogi.
Czwartym członkiem naszej wyprawy został Sebastian Komosa.
Sebastian zajmuje w mojej lotniczej historii szczególne miejsce.
To mój pierwszy nauczyciel latania śmigłowcem.
Pamiętam początki na Robinsonie R44. Pierwsze godziny, podczas których miałem wrażenie, że śmigłowiec robił właściwie wszystko, co chce, tylko nie to, czego oczekiwałem od niego ja.
Sebastian powtarzał wtedy spokojnie, że przyjdzie moment, kiedy to ja zacznę panować nad maszyną.
Przyszedł.
Później spędziliśmy razem wiele godzin w powietrzu, najpierw na Robinsonie, następnie na Bellu 407GXi.
A teraz ten sam człowiek miał siedzieć z nami w śmigłowcu podczas jednego z największych lotniczych wyzwań mojego życia.
Lubię takie klamry.
Przypominają człowiekowi, jak długa droga potrafi zmieścić się między pierwszą nieporadną próbą zawisu a lotem przez Atlantyk.
Zanim wystartowaliśmy
Przygotowania trwały miesiącami.
Szkolenie HUET nauczyło nas wydostawania się z zanurzonego śmigłowca. Ćwiczyliśmy rzeczy, których nikt nigdy nie chciałby wykonywać naprawdę.
Planowaliśmy trasy.
Sprawdzaliśmy lotniska i możliwości tankowania.
Analizowaliśmy pogodę.
Liczyliśmy paliwo.
Tworzyliśmy wariant podstawowy, potem wariant awaryjny do wariantu podstawowego, a chwilami chyba jeszcze wariant awaryjny do wariantu awaryjnego.
Północny Atlantyk nie jest miejscem, w którym można powiedzieć: „jakoś to będzie”.
Kompletowaliśmy wyposażenie pozwalające przetrwać w sytuacji, której najbardziej nie chcieliśmy doświadczyć.
Tratwę.
Suche kombinezony.
Kamizelki ratunkowe.
Śpiwory.
Odzież termiczną.
Żywność.
Wodę.
Flary.
Krzesiwo.
Narzędzia.
Apteczkę.
Środki łączności.
Starlinka.
Garmina.
Spray przeciw niedźwiedziom.
I wiele innych rzeczy, z których każdą pakowaliśmy z tą samą myślą: oby nigdy nie była naprawdę potrzebna.
Pewnego dnia cały ten ekwipunek został zgromadzony w największym pokoju naszego biura.
Stanąłem w drzwiach i patrzyłem.
Byłem przekonany, że nie ma najmniejszej szansy, aby wszystko zmieściło się do śmigłowca.
Wyglądało to bardziej jak wyposażenie niewielkiej ekspedycji polarnej niż bagaż czterech osób lecących odebrać nową maszynę.
Najbardziej zapamiętałem jednak pierwszą przymiarkę suchego kombinezonu ratunkowego, który dostałem do sprawdzenia od Marcina Szamborskiego – człowieka, który jako jedyny Polak okrążył świat śmigłowcem.
Założyłem go.
Po kilku minutach miałem serdecznie dosyć.
Ograniczał ruchy, było mi gorąco, niewygodnie i marzyłem, żeby jak najszybciej go zdjąć.
A później pomyślałem, że jeżeli pewnego dnia przyjdzie mi znaleźć się w wodzie mającej kilka stopni, ten niewygodny kawałek wyposażenia może zdecydować o tym, czy wrócę do domu.
Od tamtej chwili przestałem narzekać.
Właśnie podczas przygotowań coraz częściej nachodziła mnie jeszcze jedna myśl.
Mam 68 lat.
Czy naprawdę powinienem to robić?
Wieczorami zdarzało mi się siadać w ciszy i zastanawiać, czy przypadkiem nie przekraczam granicy, której człowiek w pewnym wieku powinien już nie przekraczać.
Wiedziałem, że przed nami wiele godzin lotu.
Zmęczenie.
Zmiany czasu.
Zimno.
Stres.
Konieczność koncentracji.
Decyzje podejmowane daleko od domu i bardzo daleko od jakiejkolwiek pomocy.
I za każdym razem dochodziłem do tego samego wniosku.
Jeżeli jestem zdrowy, przygotowany, mam obok siebie ludzi, którym ufam, zdobyłem odpowiednie umiejętności i nadal tak bardzo chcę zobaczyć, co znajduje się za kolejnym horyzontem – dlaczego miałbym rezygnować tylko dlatego, że w metryce pojawiła się określona liczba?
Starość chyba nie zaczyna się wtedy, kiedy człowiek ma sześćdziesiąt, siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat.
Zaczyna się wtedy, kiedy przestaje być ciekawy jutra.
Ja nadal byłem bardzo ciekawy.
Mirabel
Do Kanady polecieliśmy samolotem rejsowym.
Wylądowaliśmy w Montrealu, a następnego dnia mieliśmy po raz pierwszy zobaczyć nasz śmigłowiec w fabryce Bell Textron w Mirabel.
Nie zapomnę tego momentu.
Wcześniej znałem tę maszynę z dokumentacji, zdjęć, wizualizacji i krótkich demonstracyjnych lotów.
Ale zdjęcie nie ma zapachu.
Nie odbija światła.
Nie wypełnia hangaru swoją obecnością.
Kiedy zobaczyłem SP-WOL stojącego przed nami, przez chwilę po prostu patrzyłem.
Był większy i bardziej dostojny, niż wyobrażałem sobie na podstawie fotografii. Sylwetka, proporcje, wykonanie, wnętrze i przede wszystkim malowanie zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Projekt tego malowania stworzył mój syn Adam.
Dzięki temu maszyna od pierwszej chwili była dla mnie czymś więcej niż kolejnym śmigłowcem.
Miała w sobie kawałek naszej rodziny.
Pamiętam pierwszy lot.
Usiadłem za sterami, obok mnie Stan.
Po kilku minutach Ania zapytała mnie o wrażenia.
Powiedziałem jej wtedy żartobliwie, że w życiu zakochałem się trzy razy: w chemii, w mojej żonie Ewie i właśnie w Bellu 429.
Podtrzymuję to.
Bell 429 jest maszyną, która potrafi zrobić na pilocie piorunujące wrażenie.
Później mieliśmy możliwość zobaczyć fabrykę od środka. Jako człowiek od kilkudziesięciu lat związany z przemysłem patrzyłem na nią nie tylko oczami pilota, ale także przedsiębiorcy.
Porządek.
Czystość.
Organizacja stanowisk.
Procedury.
Dyscyplina.
Sposób pracy ludzi.
Dbałość o szczegóły.
Było w tym coś, co naprawdę imponowało.
Ale najważniejszym produktem tej fabryki, przynajmniej dla mnie, stała wtedy maszyna stojąca na płycie z trzema literami:
SP-WOL.
Wołomin.
Miejsce, z którego wyruszyliśmy.
I miejsce, do którego chciałem nią wrócić.
Pogoda uczy cierpliwości
Już początek podróży przypomniał nam, kto naprawdę dowodzi podczas takich wypraw.
Nie pilot.
Nie właściciel śmigłowca.
Nie harmonogram.
Pogoda.
Pierwszego planowanego dnia startu z Mirabel warunki powiedziały nam jasno: nie dzisiaj.
I zostaliśmy.
Dla człowieka, który przez większość zawodowego życia przyzwyczajony jest do szukania rozwiązania, przyspieszania decyzji i pokonywania przeszkód, lotnictwo ma bardzo ciekawą lekcję.
Czasem najlepszą decyzją jest nie zrobić nic.
Nie wystartować.
Poczekać.
Nie udowadniać nikomu odwagi.
To ważna różnica.
Odwaga nie polega na tym, żeby wystartować za wszelką cenę.
Czasami największej odwagi wymaga powiedzenie: zostajemy na ziemi.
Kiedy pogoda w końcu otworzyła nam drogę, ruszyliśmy na północ.
I z każdym kilometrem świat, który znałem, zaczął powoli znikać.
Najpierw lasy.
Potem coraz mniej dróg.
Coraz mniej miejscowości.
Coraz mniej śladów człowieka.
Aż w końcu zostały skały, jeziora i tundra.
Północna Kanada robi niesamowite wrażenie właśnie swoją pustką.
Z wysokości kilku tysięcy stóp patrzysz w dół i przez długi czas nie widzisz niczego, co stworzył człowiek.
Żadnej drogi.
Żadnego domu.
Żadnej stacji benzynowej.
Żadnego miejsca, do którego można łatwo dotrzeć.
W Inukjuak przekonaliśmy się, jak szybko kończy się europejskie przyzwyczajenie, gdzie wszystko jest dostępne natychmiast.
Wiatr.
Deszcz.
Puste lotnisko.
Brak zasięgu.
Proste miasteczko na końcu świata.
A jednak właśnie tam znowu spotkało nas coś, co później powtarzało się podczas całej podróży.
Ludzka życzliwość.
Nie aplikacja.
Nie technologia.
Nie pieniądze.
Człowiek.
Czasami obcy człowiek, którego widzisz pierwszy raz w życiu i prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczysz.
Ktoś podwiezie.
Ktoś zadzwoni.
Ktoś pomoże znaleźć paliwo.
Ktoś otworzy drzwi.
Ktoś zrobi kawę.
Ktoś zainteresuje się tym, skąd jesteś i dokąd lecisz.
Przemierzając pół świata, zaczynałem coraz mocniej dochodzić do wniosku, że granice między ludźmi są znacznie mniejsze niż te narysowane na mapach.
Atlantyk
Potem przyszedł dzień, na który przygotowywaliśmy się przez wiele miesięcy.
Ocean.
Przed startem każdy z nas znał swoje zadanie na wypadek awaryjnego wodowania.
Suche kombinezony.
Kamizelki.
Tratwa.
Worki z wyposażeniem.
Żywność.
Woda.
Środki sygnalizacyjne.
W kabinie wszystko brzmiało profesjonalnie i rzeczowo.
Ale wystarczy spojrzeć przez szybę, kiedy ląd znika za tobą, żeby cała teoria dostała zupełnie innego znaczenia.
W pewnym momencie patrzysz do przodu – ocean.
W lewo – ocean.
W prawo – ocean.
Odwracasz głowę – ocean.
Nie ma drogi.
Nie ma pola.
Nie ma miejsca, na którym można po prostu wylądować i zastanowić się, co dalej.
Jest tylko maszyna, ludzie siedzący obok i ogromna przestrzeń.
W takich chwilach pilot przestaje traktować instrumenty jak cyfry na ekranie.
Każdy parametr zaczyna mieć bardzo konkretne znaczenie.
Paliwo.
Wiatr.
Prędkość względem ziemi.
Pozycja.
Czas.
Praca silników.
Przez większość życia zawodowego zajmowałem się chemią. Nauczyła mnie ona, że wynik zależy od konkretów. Od liczb, warunków, parametrów procesu.
Lotnictwo działa podobnie.
Tylko że nad oceanem wynik tego równania siedzi razem z tobą w kabinie.
Kiedy na horyzoncie zaczęły pojawiać się pierwsze góry Grenlandii, poczułem coś, czego nie potrafię sprowadzić do zwykłej satysfakcji.
Ląd.
Proste słowo.
A potrafi znaczyć niewiarygodnie dużo.
Grenlandia
Jeżeli miałbym wybrać krajobraz, który najmocniej zapisał mi się w pamięci podczas całej tej podróży, Grenlandia byłaby bardzo wysoko na tej liście.
Lodowce, których skali nie oddaje żadna fotografia.
Góry.
Fiordy.
Kry lodowe.
Przestrzenie sprawiające, że Bell 429, który stojąc na ziemi wydaje się dużą maszyną, w jednej chwili stawał się maleńkim punktem.
Tam natura bardzo skutecznie ustawia człowieka na właściwym miejscu.
Możemy budować fabryki.
Tworzyć najnowocześniejsze maszyny.
Latać.
Docierać w miejsca kiedyś niedostępne.
Ale wystarczy spojrzeć na lodowiec ciągnący się poza horyzont i człowiek przypomina sobie, że na tej planecie jesteśmy jednak tylko gośćmi.
W Kulusuk zatrzymał nas wiatr.
Co ciekawe, nad naszymi głowami świeciło piękne słońce. Można było spojrzeć w niebo i zapytać: dlaczego nie lecimy?
Bo kilkaset kilometrów dalej ocean miał dla nas inne plany.
Czekaliśmy.
Spacerowaliśmy po niewielkiej osadzie.
Patrzyłem na ludzi żyjących w warunkach, które dla większości z nas wydawałyby się niezwykle trudne.
I znowu wróciło do mnie wspomnienie Peru, Syberii, Indonezji.
Inne miejsce.
Inna temperatura.
Inna kultura.
A lekcja dokładnie ta sama.
Człowiek potrzebuje do szczęścia znacznie mniej, niż mu się wydaje.
I chyba właśnie ludzie byli największym odkryciem tej wyprawy
Oczywiście zachwycały mnie miejsca.
Kanadyjskie pustkowia.
Grenlandzkie lodowce.
Atlantyk.
Islandia, gdzie człowiek ma wrażenie, że ziemia naprawdę żyje pod jego stopami.
Zielone Wyspy Owcze, wyrastające niemal pionowo z oceanu.
Szetlandy.
Platformy wiertnicze na Morzu Północnym.
Norweskie wybrzeże.
Ale kiedy dzisiaj zamykam oczy i wracam do tej podróży, coraz częściej zamiast krajobrazów widzę twarze.
Ludzi z Bell Textron, którzy przyjęli nas w Kanadzie z niezwykłą serdecznością.
Daniela Caruana, menedżera, który od pierwszych chwil otoczył nas ogromną życzliwością i sprawił, że w fabryce Bell Textron czuliśmy się nie jak klienci, którzy przyjechali odebrać śmigłowiec, ale jak ludzie, których niezwykła historia naprawdę go poruszyła. Jego profesjonalizm, spokój i ogromna serdeczność sprawiły, że już od pierwszych chwil mieliśmy poczucie, że po drugiej stronie Atlantyku znaleźliśmy ludzi, którzy naprawdę trzymają za nas kciuki i chcą, aby nasza podróż zakończyła się szczęśliwym powrotem do domu.
Mathieu Asselina, pilota, który mimo że został w Mirabel, przez kolejne dni pomagał nam kontaktować się z odległymi lotniskami, potwierdzać paliwo i rozwiązywać problemy, kiedy nasze telefony przestawały działać.
Ludzi spotkanych na północy Kanady.
Polaka poznanego na Grenlandii.
Polaka pracującego na Wyspach Owczych.
Pilotów i pracowników lotnisk.
Człowieka z Atlantic Airways na Wyspach Owczych, który widząc nas czekających na pogodę, zamiast przejść obojętnie, zaprosił nas do hangaru na ciepłą kawę.
Ludzi, którzy czytali już naszego bloga, zanim zdążyliśmy ich poznać.
I wtedy uświadomiłem sobie coś jeszcze.
Przez całe zawodowe życie byłem przyzwyczajony do planowania.
Cel.
Termin.
Wynik.
Kolejny projekt.
Kolejna inwestycja.
Kolejny problem do rozwiązania.
Tymczasem ludzie żyjący w miejscach, które odwiedzaliśmy, bardzo często mieli zupełnie inny rytm.
Na Grenlandii usłyszeliśmy opowieść o życiu bez ciągłej pogoni.
W Arktyce widzieliśmy społeczności funkcjonujące w ogromnej izolacji.
Na Wyspach Owczych pogoda potrafi zmienić się kilka razy w ciągu kilkunastu minut i człowiek po prostu nauczył się ją akceptować.
Nie wszystko można przyspieszyć.
Nie wszystko można kupić.
Nie każdą minutę trzeba wykorzystać produktywnie.
Dla człowieka, który większą część życia żył bardzo intensywnie, było to ważne odkrycie.
Może czasem naprawdę trzeba zwolnić.
Nie po to, żeby robić mniej.
Po to, żeby więcej zauważyć.
Czterdzieści godzin
W powietrzu spędziliśmy około czterdziestu godzin.
Pokonaliśmy ponad pięć tysięcy mil.
Można napisać te dwie liczby i właściwie zamknąć całą wyprawę w jednym zdaniu.
Tylko że liczby nie powiedzą Wam niczego o tym, co zapamiętałem.
Nie powiedzą o porannych briefingach.
O patrzeniu w prognozy.
O wspólnych decyzjach.
O czekaniu na pogodę.
O zmęczeniu.
O żartach w kabinie.
O widoku pierwszego lądu po długim locie nad wodą.
O smaku prostego jedzenia po wielu godzinach lotu.
O człowieku, który bezinteresownie ci pomaga, choć poznał cię pięć minut wcześniej.
O ciszy w kabinie, kiedy każdy wie, że trzeba się skoncentrować.
Ani o tym, jak bardzo cztery osoby potrafią zbliżyć się do siebie, kiedy przez kolejne dni wspólnie zależą od swoich decyzji.
Ania.
Stan.
Sebastian.
Dziękuję Wam.
Byliśmy czterema różnymi osobami, ale w powietrzu musieliśmy działać jak jeden organizm.
Nie było miejsca na ego.
Na udowadnianie, kto ma rację.
Na obrażanie się.
Każdy odpowiadał nie tylko za siebie.
To niezwykłe doświadczenie.
I chyba właśnie dlatego tak mocno zapada w pamięć.
Bell 429
Muszę napisać kilka słów również o maszynie, bo przecież bez niej nie byłoby tej historii.
Przed zakupem znałem parametry Bella 429.
Czytałem dane.
Analizowałem osiągi.
Rozmawiałem z pilotami.
Latałem nim podczas szkolenia.
Ale dopiero taka podróż pozwala naprawdę poznać śmigłowiec.
Po wielu godzinach w bardzo różnych warunkach mogę powiedzieć jedno:
przerósł moje oczekiwania.
Moc.
Stabilność.
Awionika.
Flight Director.
Komfort.
Przestrzeń.
Lekkość sterowania.
Poczucie bezpieczeństwa, jakie daje pilotowi maszyna.
To wszystko, co wcześniej było tabelą w materiałach technicznych, nagle stawało się praktyką.
Kiedy siedzisz kilka tysięcy stóp nad Atlantykiem, marketing przestaje mieć znaczenie.
Liczy się zaufanie.
A ja tej maszynie zaufałem.
Coraz bliżej
Kiedy dotarliśmy do Wysp Owczych, a później przez Szetlandy polecieliśmy w kierunku Norwegii, wydarzyło się coś dziwnego.
Geograficznie nadal byliśmy daleko od Wołomina.
Ale psychicznie byliśmy już prawie w domu.
Norweskie wybrzeże było znajome.
Europa.
Miejsca, które wcześniej odwiedzaliśmy.
W Stavanger spotkaliśmy nawet pracownika tankującego wcześniej naszego Bella 407 SP-VOL. Kiedy zobaczył 429, przez chwilę myślał, że patrzy na tę samą maszynę, po chwili dodał „zdaje mi się, że chyba wam ona jakoś urosła”.
Dwa śmigłowce.
SP-VOL i SP-WOL.
Jak dwóch braci.
Wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem, że ogromna część drogi została za nami.
Został ostatni dzień.
I właśnie wtedy człowiek zaczyna tęsknić najmocniej.
„Witamy w domu po długiej podróży”
W drodze do Polski siedziałem za sterami.
Kiedy znaleźliśmy się w rejonie Włocławka, przełączyłem radio na Warszawa Informacja.
Normalna procedura.
Jedna z tysięcy korespondencji radiowych, jakie pilot wykonuje przez lata latania.
Zgłosiłem SP-WOL.
Usłyszałem odpowiedź kontrolera.
A po chwili padły słowa:
„Witamy w domu po długiej podróży”.
Kilka sekund.
Kilka słów.
Tylko tyle.
A mnie ścisnęło w gardle.
Przez wiele dni w słuchawkach słyszeliśmy różne głosy, różne akcenty, różne języki.
Kanada.
Grenlandia.
Islandia.
Wyspy Owcze.
Wielka Brytania.
Norwegia.
I nagle ktoś po polsku powiedział nam:
jesteście w domu.
Nie wiem, czy kontroler, który wypowiedział te słowa, zdawał sobie sprawę z tego, ile dla nas w tej chwili znaczyły.
Dla niego mogła to być krótka wiadomość.
Dla mnie były zamknięciem całej drogi.
W jednej chwili przypomniały mi się miesiące przygotowań.
Ten pokój pełen sprzętu.
Pierwsza przymiarka niewygodnego kombinezonu.
Rozmowy z Anią.
Pytanie, czy w wieku 68 lat powinienem się na to porywać.
Mirabel.
Pierwszy widok naszego Bella.
Tundra.
Inukjuak.
Grenlandia.
Atlantyk.
Kulusuk.
Islandia.
Wyspy Owcze.
Norwegia.
Wszystko zmieściło się w tych kilku słowach.
Witamy w domu.
A później zobaczyłem Wołomin
Są na świecie miejsca piękniejsze od Wołomina.
Oczywiście, że są.
Widziałem amazońską dżunglę.
Andy.
Syberię.
Indonezję.
Alpy.
Grenlandzkie lodowce.
Islandię.
Ocean ciągnący się poza horyzont.
Ale kiedy po tylu dniach zobaczyłem z powietrza znajome okolice, żadne z tych miejsc nie było w stanie z nimi konkurować.
Bo można zachwycić się najpiękniejszym zakątkiem świata.
Ale dom jest tylko jeden.
Zbliżaliśmy się do naszego lądowiska.
Zaczynaliśmy widzieć ludzi.
Rodzinę.
Przyjaciół.
Znajomych.
Ludzi, którzy śledzili naszą trasę, czytali wpisy Ani, pisali do nas i czekali.
Zobaczyłem miejsce, z którego zaczynała się ogromna część mojego życia.
I nagle zrozumiałem, że to nie Kanada była celem naszej podróży.
Nie była nim Grenlandia.
Nie była Islandia.
Nie był nawet Atlantyk.
Celem od pierwszego dnia był powrót.
Do tych ludzi.
Do tego miejsca.
Do domu.
Płozy dotknęły ziemi.
Silniki pracowały jeszcze przez chwilę.
Potem wirniki zaczęły zwalniać.
I przyszła cisza.
Ta charakterystyczna cisza po wyłączeniu śmigłowca, kiedy po wielu godzinach nie słyszysz już turbin i wirnika.
Patrzyłem na ludzi stojących obok.
Na swoją rodzinę.
Na przyjaciół.
I pomyślałem:
zrobiliśmy to.
Naprawdę to zrobiliśmy.
Nie poczułem wtedy triumfu.
To nie było uczucie zwycięzcy.
Bardziej wdzięczność.
Ogromna wdzięczność, że świat znowu pozwolił mi zobaczyć coś nowego.
Że zdrowie pozwoliło mi tam polecieć.
Że mogłem przeżyć tę przygodę razem z własną córką.
Że miałem obok siebie ludzi, którym mogłem zaufać.
I że wszyscy bezpiecznie wróciliśmy.
W pewnym wieku człowiek zaczyna trochę inaczej mierzyć wartość takich chwil.
Kiedy ma dwadzieścia lat, wydaje mu się, że wszystko jeszcze przed nim.
Że zawsze będzie następna podróż.
Następny rok.
Następna okazja.
Dzisiaj wiem, że nie należy odkładać rzeczy naprawdę ważnych na jakieś bliżej nieokreślone „kiedyś”.
Bo nasze życie jest dłuższe, niż wydaje nam się w młodości, i jednocześnie znacznie krótsze, niż chcielibyśmy później.
Dlatego trzeba z niego korzystać.
Nie bezmyślnie.
Nie lekkomyślnie.
Ale odważnie.
Trzeba się przygotowywać.
Uczyć.
Liczyć ryzyko.
Słuchać ludzi mądrzejszych i bardziej doświadczonych.
Mieć pokorę.
A później, jeśli wszystko mówi, że można zrobić kolejny krok – zrobić go.
Co zostało po tej podróży?
Bell stoi już w swoim hangarze w Wołominie.
Sprzęt ratunkowy został wypakowany.
Walizki wróciły do domów.
Kombinezony, które przed wylotem wydawały się tak niewygodne, stały się pamiątką.
Mapa przestała być planem podróży.
Stała się zapisem czegoś, co już przeżyliśmy.
Ale ja chyba nie wróciłem dokładnie taki sam.
Ta podróż przypomniała mi rzeczy, o których łatwo zapomnieć w codziennym życiu.
Że świat jest ogromny.
Że natura nie musi podporządkować się naszym planom.
Że odpowiedzialność jest ważniejsza od ambicji.
Że technologia potrafi dokonać rzeczy niezwykłych, ale w trudnej chwili nadal często najważniejszy okazuje się drugi człowiek.
Że można żyć wolniej.
Że można potrzebować mniej.
Że warto czasem przestać patrzeć na zegarek i po prostu rozejrzeć się dookoła.
I przede wszystkim, że niezależnie od wieku nadal można zrobić coś po raz pierwszy.
To chyba najważniejsza rzecz, którą chciałbym pozostawić każdemu, kto dotarł do końca tego tekstu.
Nie przestawajcie być ciekawi.
Nie pozwólcie sobie wmówić, że na marzenia jest już za późno.
Oczywiście marzenia trzeba konfrontować z rzeczywistością. Nie każde jest możliwe. Nie każde jest rozsądne. Nie każde powinno zostać zrealizowane.
Ale bardzo wiele rzeczy, które na początku wydają się niemożliwe, po rozłożeniu na setki małych kroków okazuje się po prostu trudnym zadaniem.
A trudne zadania można realizować.
Jedno po drugim.
Dziękuję
Na zakończenie tej historii chciałbym podziękować ludziom, bez których nigdy by ona nie powstała.
Przede wszystkim mojej rodzinie.
Jeżeli przez całe życie wymyśla się kolejne przedsięwzięcia, podróże, projekty i wyzwania, bardzo łatwo opowiadać później o swojej odwadze, determinacji czy ciekawości świata.
Znacznie rzadziej mówi się o tych, którzy przez wszystkie te lata stoją obok.
Dlatego najpierw chcę podziękować mojej żonie Ewie.
Jesteśmy razem właściwie przez całe moje dorosłe życie.
Ewa przeżyła ze mną wszystkie moje pomysły – te rozsądne i te, które na początku rozsądne nie wydawały się wcale. Peru, dalekie podróże, budowanie firmy, kolejne przedsięwzięcia, lotnictwo, śmigłowce i wreszcie pomysł, żeby mając 68 lat wsiąść do Bella 429 w Kanadzie i wrócić nim do domu przez Atlantyk.
Trzeba mieć naprawdę niezwykłą cierpliwość, żeby przez tyle lat być przy człowieku takim jak ja.
Ewo, dziękuję Ci.
Za to, że nigdy nie próbowałaś zgasić we mnie ciekawości świata.
Za wszystkie momenty, w których pewnie się o mnie bałaś, ale zamiast tego strachu dokładać mi do bagażu, dawałaś mi wsparcie.
Za dom, do którego zawsze mogłem wrócić.
Za spokój.
Za cierpliwość.
I przede wszystkim za to, że przez całe życie po prostu jesteś.
Dopiero z biegiem lat człowiek naprawdę zaczyna rozumieć, że największą przygodą nie jest Peru, Syberia, Grenlandia ani Atlantyk.
Największą przygodą jest przejść przez życie z kimś obok.
I mieć po tylu latach pewność, że nadal chce się do tej osoby wracać.
Ani dziękuję szczególnie.
Za to, że od tylu lat wspólnie nurkujemy, latamy, uczymy się i szukamy kolejnych wyzwań.
Rodzic może przekazać dziecku bardzo wiele.
Ale czasem przychodzi taki moment, kiedy orientuje się, że to dziecko zaczyna motywować jego.
I chyba właśnie tak było tym razem.
Dziękuję również mojej córce Dagmarze.
Podczas gdy my byliśmy tysiące kilometrów od domu, przemierzając kolejne etapy naszej podróży, to właśnie na niej spoczywała duża część odpowiedzialności za firmę i jej codzienne funkcjonowanie.
Dla mnie miało to ogromne znaczenie.
Każdy, kto przez wiele lat budował własną firmę, wie, że nie jest łatwo po prostu wyjechać na kilkanaście dni i przestać myśleć o tym, co dzieje się na miejscu. Telefon pozostaje w kieszeni, a gdzieś z tyłu głowy cały czas są pracownicy, produkcja, decyzje i problemy, które mogą pojawić się każdego dnia.
Tym razem mogłem jednak naprawdę skupić się na wyprawie.
Wiedziałem, że Dagmara i Adam są na miejscu.
Że jeżeli pojawi się problem, podejmą decyzję. Że dopilnują spraw, które wymagają dopilnowania. Że firma, której poświęciłem ogromną część swojego życia, jest w dobrych rękach.
Dla ojca jest to szczególny moment.
Przez wiele lat to my opiekujemy się dziećmi, uczymy je, pomagamy im podejmować pierwsze decyzje i próbujemy przygotować je do dorosłego życia. A później niepostrzeżenie przychodzi dzień, kiedy role zaczynają się trochę odwracać.
Patrzysz na własne dzieci i uświadamiasz sobie, że możesz powierzyć im coś, co sam budowałeś przez dziesięciolecia.
I spokojnie polecieć na drugi koniec świata.
Dagmara, Adam dziękuję Wam za odpowiedzialność, za spokój i za to, że podczas naszej nieobecności opiekowaliście się firmą.
Dzięki Wam mogłem patrzeć przed siebie, na kolejne setki mil naszej trasy, zamiast bez przerwy oglądać się za siebie i zastanawiać, co dzieje się w domu.
To chyba jedna z największych satysfakcji, jakie może mieć ojciec – zobaczyć, że dzieci nie tylko idą własną drogą, ale potrafią też wziąć odpowiedzialność za część drogi, którą kiedyś rozpoczął ich ojciec.
Dziękuję mojemu synowi Adamowi.
Za projekt malowania naszego Bella 429.
To dzięki Tobie SP-WOL dostał swoją własną twarz jeszcze zanim po raz pierwszy zobaczyliśmy go na żywo.
Kiedy zobaczyłem go w Mirabel, tysiące kilometrów od Polski, miałem świadomość, że w tej maszynie jest coś stworzonego przez mojego syna.
Drobna rzecz dla kogoś patrzącego z boku.
Dla ojca – bardzo ważna.
Dziękuję Stanowi Tarasovičowi za doświadczenie, spokój i profesjonalizm. W czasie takiego lotu są ludzie, których obecność daje poczucie bezpieczeństwa jeszcze zanim śmigłowiec oderwie się od ziemi. Stan był właśnie takim człowiekiem.
Dziękuję Sebastianowi Komosie.
Zaczynałeś ze mną od pierwszych prób latania śmigłowcem.
Po wielu latach wspólnie przelecieliśmy Atlantyk.
Nie potrafiłbym wymyślić lepszego podsumowania naszej wspólnej lotniczej drogi.
Dziękuję Marcinowi Szamborskiemu oraz wszystkim ludziom, którzy dzielili się z nami swoim doświadczeniem i pomagali nam przygotować się do wyprawy.
Dziękuję firmie JB Aviation, a szczególnie Magdalenie Karskiej, za ogrom pracy związanej z całym procesem zakupu i za wsparcie, które otrzymywaliśmy na kolejnych etapach tej drogi. Zakup takiej maszyny nie zaczyna się w chwili podpisanie umowy i nie kończy się z chwilą odebrania kluczyków. Za tym wszystkim stoi wiele miesięcy pracy, rozmów, ustaleń i rozwiązywania problemów, których później z zewnątrz po prostu nie widać.
Dziękuję całemu zespołowi Bell Textron w Mirabel, a szczególnie ludziom, którzy nie traktowali nas wyłącznie jak klientów odbierających śmigłowiec, lecz jak pilotów wyruszających w bardzo długą drogę do domu.
Szczególne podziękowania kieruję również do Daniela Caruany, za jego ogromną życzliwość, profesjonalizm i za to, że już od pierwszych chwil w Mirabel sprawił, że czuliśmy, że nasza podróż jest dla niego czymś więcej niż tylko kolejnym wydaniem śmigłowca.
Dziękuję Mathieu Asselinowi za pomoc, która towarzyszyła nam długo po opuszczeniu Mirabel. Za telefony, kontakty z odległymi lotniskami, potwierdzanie paliwa i wsparcie wtedy, kiedy znajdowaliśmy się już setki i tysiące kilometrów od fabryki.
Dziękuję wszystkim pracownikom naszej firmy.
Podczas takich wypraw na zdjęciach widać cztery osoby siedzące w śmigłowcu. Łatwo wtedy zapomnieć, że możliwość wyjazdu na prawie dwa tygodnie istnieje tylko dlatego, że w domu pozostają ludzie, którzy każdego dnia wykonują swoją pracę i dbają o sprawy, których my w tym czasie nie możemy dopilnować.
Szczególne podziękowania kieruję do Bartosza Gorzkowskiego.
Za zaangażowanie, odpowiedzialność i za to, że przez wszystkie lata mogłem liczyć nie tylko na Twoją wiedzę, ale przede wszystkim na Ciebie jako człowieka.
Jestem przekonany, że żadna firma nie jest budynkiem, instalacją ani nazwą zapisaną w rejestrze.
Firmę tworzą ludzie.
I im dłużej jestem przedsiębiorcą, tym lepiej to rozumiem.
Dziękuję Aeroklubowi Polskiemu, a szczególnie Serafinie Ogończyk-Mąkowskiej, za obecność, wsparcie i za to, że środowisko lotnicze potrafi tworzyć coś znacznie większego niż tylko organizacje, przepisy i licencje.
Podczas tej wyprawy po raz kolejny przekonałem się, że lotnictwo ma niezwykłą zdolność łączenia ludzi.
Możemy pochodzić z różnych państw.
Mówić różnymi językami.
Latać różnymi maszynami.
Mieć za sobą sto godzin albo dziesięć tysięcy godzin nalotu.
Ale kiedy spotykamy się na niewielkim lotnisku gdzieś na końcu świata, bardzo szybko okazuje się, że rozumiemy się bez wielu słów.
Tworzymy naprawdę wyjątkową lotniczą rodzinę.
Dziękuję również FIS i wszystkim kontrolerom ruchu lotniczego, którzy towarzyszyli nam na kolejnych etapach podróży.
Szczególnie za te kilka prostych słów usłyszanych nad Polską.
Być może dla kogoś były tylko uprzejmym powitaniem.
Dla mnie pozostaną jednym z najbardziej wzruszających momentów całej wyprawy.
„Witamy w domu po długiej podróży”.
Tak niewiele trzeba czasem powiedzieć.
I wreszcie dziękuję Wam.
Czytelnikom.
Ania pisała dla Was kolejne odcinki naszej podróży często późnym wieczorem, zmęczona po wielu godzinach lotu. Wiem, ile pracy i serca włożyła w to, żebyście mogli lecieć razem z nami.
Ja chciałem opowiedzieć tę samą historię trochę inaczej.
Nie jako zapis kolejnych lotnisk.
Nie jako zestaw parametrów.
Nie jako historię zakupu śmigłowca.
Chciałem opowiedzieć Wam, co zostało z tej podróży we mnie.
Bo śmigłowiec przeleciał ponad pięć tysięcy mil.
My spędziliśmy około czterdziestu godzin w powietrzu.
Przelecieliśmy nad oceanem, górami, lodowcami, tundrą i morzem.
Ale najdłuższa podróż odbyła się chyba gdzieś wewnątrz nas.
I właśnie dlatego wracam do zdania, od którego zacząłem:
„Jeśli sądzisz, że wiesz już wszystko, to znaczy, że zostałeś źle poinformowany”.
Po 68 latach życia wiem o świecie znacznie więcej niż wtedy, kiedy jako młody chłopak marzyłem o podróżach.
A jednocześnie po tej wyprawie jestem jeszcze bardziej przekonany, jak niewiele wiem.
I bardzo mnie to cieszy.
Bo to oznacza, że nadal mam co odkrywać.
Nie wiem jeszcze, dokąd polecimy następnym razem.
Nie wiem, jakie wyzwanie pojawi się za rok.
Nie wiem, czy znowu będzie to Atlantyk, góry, północ czy zupełnie inny kierunek.
Ale wiem jedno.
Jeżeli któregoś dnia zamknę drzwi Bella 429, uruchomię silniki, spojrzę na Anię siedzącą obok i usłyszę w słuchawkach:
„Gotowi?”
to prawdopodobnie znowu odpowiem:
„Gotowi”.
Bo dopóki człowiek jest ciekawy tego, co znajduje się za horyzontem, dopóty naprawdę żyje.
A ja wciąż chcę zobaczyć, co jest dalej.
Wspaniałe podsumowanie bloga, którego czytałem „na bieżąco”, palcem po mapie podróżując z Wami. Dokonaliście czegoś wielkiego i wspaniałego i zarazem przywieźliście do Wołomina kolejny kwant nowoczesnej techniki lotniczej, jak zwykle z wierzchołka światowego rankingu. Ani przez chwilę nie wątpiłem ,że wszystko uda się znakomicie. Bo kto , jak nie Wy.
Bogdan, Aniu, Stan, Sebastian – gratuluję z całego mojego strażackiego serca !!!!!
Serdecznie gratuluję udanej podróży, niezwykłej odwagi i determinacji. Jednocześnie dziękuję za pamięć i wspomnienie wśród najbliższych Wam osób. Zaangażowanie w coś więcej niż zwykła praca daje niesamowitą satysfakcję, a jej docenienie pozwala uwolnić jeszcze większe zasoby inwencji twórczej, chęci i energii.
GOOD JOB !
po prostu
GOOD JOB !