„Gdyby Bóg chciał, żeby człowiek latał, dałby mu skrzydła. Gdyby nie chciał – nie dałby mu wyobraźni.” Andrzej Majewski

Od zawsze fascynowały mnie wyzwania. Im trudniejsze i bardziej wymagające, tym bardziej motywowały mnie do działania. To właśnie one dawały największą satysfakcję i poczucie, że przekraczam własne granice.
W moim życiu od wielu lat przenikają się trzy pasje. Pierwszą jest chemia – stała się moją drogą zawodową i fundamentem wszystkiego, co udało mi się zbudować. Drugą jest malarstwo – pozwala oderwać się od codzienności i daje przestrzeń dla wyobraźni. Trzecią są wyzwania. Podróże do odległych zakątków świata, kontakt z dziką naturą, nurkowanie, lotnictwo czy ekstremalne wyprawy zawsze dawały mi poczucie, że życie należy przeżywać w pełni.
Już jako dziecko marzyłem o nurkowaniu. Pamiętam radość, gdy mama podarowała mi pierwsze płetwy, maskę i fajkę. Chwilę później pojawiła się kolejna fascynacja – modele samolotów. Godzinami sklejałem je, wyobrażając sobie, że kiedyś sam zasiądę za sterami prawdziwej maszyny.
Los pokierował mnie jednak w stronę chemii. Marzenia o lataniu nigdy jednak nie zniknęły.
Po latach zacząłem je realizować razem z moją córką Anią. Naszą wspólną przygodę rozpoczęliśmy od kursu nurkowania. Krok po kroku zdobywaliśmy kolejne uprawnienia – od Open Water Diver aż do stopnia Master Diver. Odkrywaliśmy świat ukryty pod powierzchnią wody i z każdym kolejnym wyzwaniem utwierdzałem się w przekonaniu, że Ania odziedziczyła tę samą ciekawość świata i potrzebę przekraczania własnych granic.
Potem przyszły kolejne doświadczenia – skoki spadochronowe, loty samolotami odrzutowymi czy wyprawy quadami w trudnym terenie.
Piętnaście lat temu pojawiła się kolejna pasja – śmigłowce.
Przez długi czas brakowało mi czasu na zdobycie licencji pilota. Wszystko zmieniło się około dziesięć lat temu, kiedy w Modlinie poznałem właścicieli szkoły lotniczej Salt Aviation – Dariusza Malca i Marcina Szamborskiego. To oni przekonali mnie, że warto spróbować.
Pamiętam telefon do Ani. Zapytałem, czy chce razem ze mną rozpocząć kurs pilota śmigłowca. Najpierw było zaskoczenie, potem niedowierzanie, a chwilę później… ogromny entuzjazm.
Tak rozpoczęła się jedna z najpiękniejszych przygód naszego życia.
Pierwsze godziny za sterami były niezwykle trudne. Miałem wrażenie, że śmigłowiec robi wszystko po swojemu, a ja jedynie próbuję za nim nadążyć. Moim instruktorem był Sebastian Komosa – świetny pi
lot i doskonały nauczyciel. Powtarzał mi wtedy jedno zdanie:
– Spokojnie. Z czasem to Ty zaczniesz panować nad maszyną.
Miał rację.
Pamiętam każdą godzinę spędzoną nad książkami, testami i procedurami. Pamiętam setki minut lotów szkoleniowych i emocje towarzyszące pierwszemu samodzielnemu startowi. Lotnictwo nauczyło mnie pokory, odpowiedzialności, cierpliwości i dyscypliny bardziej niż jakiekolwiek inne doświadczenie.
Była też zdrowa rywalizacja między mną a Anią. Kto napisze lepiej egzamin? Kto szybciej opanuje kolejne elementy szkolenia? Aż w końcu nadszedł dzień, w którym oboje zostaliśmy pilotami.
Naszym pierwszym śmigłowcem był Robinson R44 o znakach SP-WOL.
Później przyszedł czas na szkolenie na Bellu 407 i zakup własnego Bella 407GXi – pierwszego egzemplarza tego modelu w Europie, zarejestrowanego jako SP-VOL.
Znaki rejestracyjne obu maszyn nie były przypadkowe. Chcieliśmy, aby nawiązywały do Wołomina – miasta, w którym się urodziliśmy i z którym jesteśmy związani.
Śmigłowce szybko stały się ważnym narzędziem naszej pracy. Znacznie skróciły czas podróży do kontrahentów i pozwoliły efektywniej zarządzać działalnością firmy. Z czasem zaczęliśmy jednak szukać maszyny oferującej jeszcze wyższy poziom bezpieczeństwa, większe możliwości i lepsze osiągi.
Przełomowym momentem był wyjazd do Zermatt w Szwajcarii na zaproszenie Bell Textron. Tam, podczas lotów demonstracyjnych w wymagających warunkach alpejskich, mogliśmy przekonać się, jakie możliwości oferuje Bell 429.
Po wielu analizach i rozmowach z doświadczonymi pilotami decyzja mogła być tylko jedna. – Bell 429.
To oznaczało jednak kolejne wyzwanie – zdobycie uprawnień typu (Type Rating) na dwusilnikowy śmigłowiec.
Ponownie wróciliśmy do książek, procedur i intensywnego szkolenia. Tym razem w ośrodku Bell Textron w Walencji. Długie dni nauki zakończyły się sukcesem – uzyskaniem certyfikatów oraz licencji umożliwiającej pilotowanie Bella 429.
Przed nami kolejny rozdział tej historii.
Już wkrótce chcemy odebrać własnego Bella 429 i przelecieć nim przez Atlantyk do Polski. Maszyna otrzyma znaki SP-WOL, kontynuując historię rozpoczętą wiele lat temu przez naszego Robinsona R44 i nadal promując Wołomin wszędzie tam, dokąd zaprowadzi nas lotnicza pasja.
To jednak dopiero początek kolejnego etapu.