pl en fr de cs

Anna

O nas

Jak zaczęła się nasza historia z lotnictwem

Gdyby jeszcze dziesięć lat temu ktoś powiedział mi albo mojemu tacie, Bogdanowi, że zostaniemy pilotami śmigłowców, zapewne oboje wybuchnęlibyśmy śmiechem. Życie jednak potrafi pisać scenariusze, których nie wymyśliłby nawet najlepszy reżyser. 

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, wszystko miało jednak swój początek dużo wcześniej. Odkąd pamiętam, uwielbiałam adrenalinę i wszystkie aktywności, które przyspieszały bicie serca. Już jako mała dziewczynka nie mogłam doczekać się każdej wizyty w parku rozrywki czy nawet na zwykłym placu zabaw. Im wyżej huśtawka sięgała i im mocniej kręciło się w głowie, tym większy miałam uśmiech na twarzy. Moja mama zupełnie tego nie rozumiała. 

Nigdy nie byłam w tym sama. Mój tata od zawsze dzielił ze mną tę pasję do nowych wyzwań i emocji i wydaje mi się, że to po nim odziedziczyłam tą ciągłą ochotę do przeżywania nowych przygód. To właśnie on był moim towarzyszem wszystkich atrakcji, które gwarantowały solidną dawkę adrenaliny i charakterystyczne „motylki w brzuchu”. 

Naszą pierwszą wielką wspólną pasją stało się nurkowanie. W 2000 roku, podczas wakacji w Chorwacji, tata namówił mnie (trzynastoletnią dziewczynkę) na kurs nurkowania Open Water Diver. To miał być jednorazowy wakacyjny epizod. Szybko okazało się jednak, że odkryliśmy zupełnie nowy świat. Z sezonu na sezon zdobywaliśmy kolejne uprawnienia, aż dotarliśmy do stopnia Master Diver. Razem spędziliśmy ponad 100 godzin pod wodą, odkrywając miejsca, do których większość ludzi nigdy nie ma okazji dotrzeć. 

Kilka lat później, z okazji pięćdziesiątych urodzin taty, długo zastanawiałam się, jaki prezent sprawiłby mu prawdziwą radość. Wybór mógł być tylko jeden – skok ze spadochronem. Bardzo szybko okazało się jednak, że przecież nie pozwoli mi patrzeć z ziemi. Ostatecznie skakaliśmy razem. 

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że największa przygoda dopiero na nas czeka. 

Był maj 2017 roku. Siedziałam jak zwykle w pracy, gdy zadzwonił telefon. Dzwonił tata. Wiedziałam, że pojechał na jakieś spotkanie, ale nie zdradził mi, czego ono dotyczy. 

– Jestem właśnie w Modlinie, w szkole lotniczej Salt Aviation – usłyszałam. – Powiedz mi tylko jedno: chciałabyś zrobić kurs pilota śmigłowcowego? 

Zamarłam. 

W głowie pojawiły się dziesiątki pytań. Ile trwa takie szkolenie? Ile kosztuje? Jak wygląda program? Czy dam radę pogodzić pracę, naukę, loty i opiekę nad niespełna dwuletnim synkiem? 

Nie zdążyłam zadać nawet połowy z nich. 

– Szybko mów: tak czy nie? Jestem na spotkaniu i nie mam czasu! – odpowiedział tata. 

Nie zastanawiałam się długo. 

– Tak. 

Jedno krótkie słowo całkowicie zmieniło nasze życie. 

Niedługo poźniej

Rozpoczęliśmy szkolenie. Początki były wymagające. Nowa wiedza, przepisy lotnicze, meteorologia, prawo lotnicze, nawigacja, łączność radiowa – wszystko było dla nas zupełnie nowym światem. Każdy kolejny dzień przynosił jednak ogromną satysfakcję i jeszcze większą motywację do nauki.

Po zaledwie dwóch pierwszych wykładach przyszedł moment, na który czekaliśmy najbardziej – pierwszy lot.

Naszym szkoleniowym śmigłowcem został Robinson R44 – najpopularniejszy śmigłowiec szkoleniowy w Polsce. Trudno opisać emocje, które towarzyszą chwili, gdy po raz pierwszy odrywasz się od ziemi i zaczynasz samodzielnie sterować maszyną ważącą ponad tonę. To mieszanka ekscytacji, pokory i ogromnego szacunku do lotnictwa.

Od tamtego dnia wiedzieliśmy już jedno – to nie będzie tylko kolejna przygoda.

To miała być pasja, która zostanie z nami na całe życie.

Nasze szkolenie do licencji pilota turystycznego śmigłowca PPL(H) trwało ponad rok. Był to wyjątkowy czas, który przeżywaliśmy razem – krok po kroku, dzień po dniu. Wspólnie uczyliśmy się teorii, analizowaliśmy każdy lot, wymienialiśmy wrażenia po pierwszych, niezwykle stresujących lotach samodzielnych i cieszyliśmy się z każdego dobrze wykonanego manewru. Z każdym kolejnym startem rosły nasze umiejętności, ale jednocześnie coraz bardziej uświadamialiśmy sobie ogromną odpowiedzialność, jaka spoczywa na pilocie. Od samego początku czuliśmy wielki respekt i pokorę wobec maszyny, którą mieliśmy w swoich rękach.

Nigdy nie zapomnę emocji, które towarzyszyły nam podczas przygotowań do egzaminów teoretycznych w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego. Ja – młoda, ambitna i pełna zapału. Tata – doświadczony, opanowany i niezwykle konsekwentny. Oboje mieliśmy jednak ten sam cel: zdać jak najlepiej. Szybko między nami narodziła się zdrowa rywalizacja. Wieczorami siedzieliśmy nad książkami, testami i materiałami szkoleniowymi, a każde z nas po cichu chciało udowodnić drugiemu, że potrafi osiągnąć lepszy wynik. Zdarzało się nawet, że o czwartej nad ranem wysyłaliśmy sobie wiadomości z prostym pytaniem: „Jeszcze się uczysz?”. Dziś wspominamy to z uśmiechem, ale wtedy naprawdę dawaliśmy z siebie wszystko.

Egzamin praktyczny zdaliśmy tego samego dnia – 13 lipca 2018 roku w Modlinie. Był to jeden z tych momentów, których nie zapomina się nigdy. Ogromna radość, duma i świadomość, że właśnie spełniło się nasze wielkie marzenie.

Jeszcze zanim na dobre nacieszyliśmy się nowo zdobytymi licencjami, podjęliśmy decyzję o zakupie własnego śmigłowca – fabrycznie nowego Robinsona R44 o znakach rejestracyjnych SP-WOL. Dla wielu osób byłby to odważny krok. Dla nas był naturalną konsekwencją rodzącej się pasji.

Niecały miesiąc po odebraniu licencji, razem z grupą doświadczonych pilotów, wyruszyliśmy dwoma śmigłowcami Robinson R44 w niezwykłą podróż do Hiszpanii. W niespełna trzy dni dotarliśmy na Majorkę, łącząc lotniczą przygodę z naszymi obowiązkami biznesowymi.

Była to wyprawa, która na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Każdy etap lotu uczył nas czegoś nowego. Zachwycały nas krajobrazy, możliwość oglądania Europy z zupełnie innej perspektywy i poczucie wolności, którego nie da się porównać z żadnym innym środkiem transportu. Jednocześnie przekonaliśmy się, jak ogromne znaczenie w lotnictwie mają planowanie, analiza pogody, podejmowanie właściwych decyzji i odpowiedzialność za każdy wykonany lot.

To właśnie wtedy zrozumieliśmy, że śmigłowce staną się czymś znacznie więcej niż tylko hobby.

Po powrocie nie mieliśmy już żadnych wątpliwości. Wspólnie podjęliśmy decyzję o zakupie nowego Bella 407GXi – śmigłowca, który otwierał przed nami zupełnie nowe możliwości. Umowę podpisaliśmy z przekonaniem, że to kolejny krok w naszej lotniczej historii.

Nowe doświadczenia

Na miesiąc przed odbiorem maszyny poleciałam do Fort Worth w Stanach Zjednoczonych, gdzie odbyłam tygodniowe szkolenie na nowy typ śmigłowca. Było ono częścią zakupu Bella i pozwoliło mi zdobywać wiedzę od jednych z najlepszych instruktorów na świecie. Każdy dzień przynosił nowe doświadczenia – zarówno podczas zajęć teoretycznych, jak i praktycznych lotów.

Wróciłam do Polski z ogromnym bagażem wiedzy, ale przede wszystkim z przekonaniem, że właśnie spełnia się jedno z moich największych marzeń. Wtedy jeszcze nie przypuszczałam, jak wiele niezwykłych miejsc odwiedzę i jak wiele godzin spędzę za sterami śmigłowca.

W lutym 2019 roku odebraliśmy naszego Bella 407GXi o znakach SP-VOL z Pragi. Był to pierwszy wyprodukowany Bell 407GXi dostarczony do Europy. Już od pierwszego lotu wiedzieliśmy, że jest to maszyna wyjątkowa. Zachwycała osiągami, mocą, kulturą pracy i niezwykłą stabilnością w locie. Dawała poczucie bezpieczeństwa, komfortu i ogromnej swobody.

Bell 407GXi szybko stał się nie tylko naszym narzędziem do realizowania lotniczej pasji, ale również nieocenionym wsparciem w prowadzeniu biznesu. Dzięki niemu mogliśmy znacznie skrócić czas podróży na spotkania, negocjacje czy wizyty u kontrahentów, docierając tam, gdzie wcześniej podróż samochodem zajmowała wiele godzin.

Przez kolejne lata odwiedziliśmy nim osiemnaście europejskich krajów i wylataliśmy blisko osiemset godzin. Dla nas był śmigłowcem niemal idealnym – niezawodnym partnerem w podróżach, spełnianiu marzeń i realizowaniu coraz ambitniejszych planów.

Ale jak się później okazało, nasza lotnicza historia dopiero nabierała rozpędu.

Podczas wielu naszych wspólnych rozmów coraz częściej wracaliśmy do jednego tematu – zakupu większego śmigłowca. Marzyliśmy o maszynie, która pozwoliłaby nam zabierać na pokład więcej osób. Miało to ogromne znaczenie nie tylko z punktu widzenia naszej lotniczej pasji, ale również prowadzonego biznesu. Od lat odwiedzaliśmy fabryki rozsiane po całej Europie – zarówno naszych dostawców surowców, jak i odbiorców gotowych produktów. Większy śmigłowiec otwierał przed nami zupełnie nowe możliwości.

Przez kilka lat analizowaliśmy różne modele, porównywaliśmy ich możliwości i zastanawialiśmy się, która maszyna będzie najlepszym wyborem. To była jedna z najtrudniejszych decyzji, jakie przyszło nam podjąć. Wiedzieliśmy, że zakup nowego śmigłowca oznacza nie tylko ogromną inwestycję, ale także konieczność zdobycia nowych kwalifikacji i rozpoczęcia kolejnego etapu nauki.

Nie czuliśmy jednak strachu.

Czuliśmy ekscytację.

To uczucie, które towarzyszyło nam od pierwszego dnia szkolenia na Robinsonie R44, wróciło ze zdwojoną siłą. Znowu mieliśmy przed sobą nowe wyzwanie, kolejną górę do zdobycia i jeszcze więcej wiedzy do przyswojenia.

W kwietniu 2025 roku podpisaliśmy umowę na zakup fabrycznie nowego Bella 429.

Jednocześnie podjęliśmy decyzję o sprzedaży naszego Robinsona R44. Postanowiliśmy jednak zachować znaki rejestracyjne SP-WOL dla nowego śmigłowca. Te trzy litery mają dla nas wyjątkowe znaczenie – są symbolem Wołomina, miasta, w którym się urodziliśmy, wychowaliśmy, żyjemy i prowadzimy naszą firmę. Chcieliśmy, aby ten element naszej historii towarzyszył nam również w kolejnym rozdziale lotniczej przygody.

Kolejny rozdział

Jesienią 2025 roku polecieliśmy do Walencji, gdzie czekało nas dwutygodniowe szkolenie na nowy typ śmigłowca. Było to jedno z najbardziej wymagających doświadczeń w całej naszej lotniczej karierze.

Długie dni rozpoczynaliśmy jeszcze przed wschodem słońca. Kilka godzin wykładów teoretycznych przeplatało się z kolejnymi sesjami na najnowocześniejszym symulatorze Bella 429 na świecie. Następnie wykonywaliśmy loty szkoleniowe w okolicach Madrytu, a wieczorami… zamiast odpoczywać, ponownie otwieraliśmy książki.

Flight Manual stał się naszą codzienną lekturą.

Każdy system śmigłowca, każda procedura awaryjna i każdy szczegół musiał być opanowany do perfekcji.

Między nami ponownie pojawiła się zdrowa rywalizacja. Dokładnie taka sama, jak podczas przygotowań do egzaminów PPL(H). Każde z nas chciało pokazać drugiemu, że mimo upływu lat nadal potrafi dać z siebie sto procent. Motywowaliśmy się wzajemnie, zadawaliśmy sobie pytania, analizowaliśmy procedury i wspólnie rozwiązywaliśmy problemy.

To były dwa tygodnie ogromnego wysiłku – fizycznego i przede wszystkim intelektualnego.

Poznaliśmy tam również niezwykłych instruktorów – ludzi z ogromną wiedzą, doświadczeniem i prawdziwą pasją do lotnictwa. Na każdym kroku zarażali nas jeszcze większą miłością do latania, cierpliwie dzieląc się swoim doświadczeniem i przekazując umiejętności, których nie da się nauczyć wyłącznie z podręczników. Dzięki nim zrozumieliśmy, że bycie pilotem to nie tylko doskonała technika i znajomość procedur, ale przede wszystkim sposób myślenia, odpowiedzialność i nieustanna chęć doskonalenia się. Za wszystko, czego nas nauczyli, będziemy im wdzięczni do końca życia.

Szkolenie zakończyliśmy zmęczeni, wyczerpani, ale jednocześnie niezwykle szczęśliwi. Otrzymaliśmy certyfikaty potwierdzające ukończenie szkolenia na Bellu 429, a miesiąc później nowe uprawnienia zostały wpisane do naszych licencji.

Do odbioru wymarzonego śmigłowca pozostawało już coraz mniej czasu.

Postanowiliśmy wykorzystać go najlepiej, jak potrafiliśmy. W marcu 2026 roku ukończyliśmy szkolenie HUET (Helicopter Underwater Exit Training) w ośrodku Vulcan Training w Szczecinie. To niezwykle wymagający trening przygotowujący pilotów do ewakuacji z zanurzonego śmigłowca. Mamy nadzieję, że nigdy nie będziemy musieli wykorzystać tych umiejętności w praktyce, ale wiemy, że odpowiedzialny pilot powinien być przygotowany na każdą sytuację.

Każde kolejne szkolenie przybliżało nas do chwili, o której marzyliśmy od wielu lat.

Pisząc te słowa, jest połowa lipca 2026 roku.

Do największego wyzwania w naszym życiu pozostało jedenaście dni.

Za chwilę wyruszamy do Kanady, gdzie w fabryce Bella w Mirabel odbierzemy naszego nowego Bella 429.

A później...

…wyruszymy w podróż, o której jeszcze kilka lat temu nawet nie odważylibyśmy się marzyć.

Przed nami przelot przez Atlantyk.

Kanada, Grenlandia, Islandia, Wyspy Owcze, Szkocja i wreszcie Polska.

Tysiące kilometrów nad oceanem, dziesiątki lotnisk, nieprzewidywalna pogoda, setki decyzji, które będziemy musieli podejmować każdego dnia, i ogromna odpowiedzialność za bezpieczne wykonanie całej wyprawy.

To właśnie dlatego powstał ten blog.

Chcemy zaprosić Was do wspólnej podróży.

Będziemy na bieżąco pokazywać naszą trasę, publikować lokalizację śmigłowca, opowiadać o codziennych wyzwaniach, trudnościach, chwilach zwątpienia, ale także o pięknych miejscach, życzliwych ludziach, których spotkamy na swojej drodze, i o pogodzie, która – mamy nadzieję – będzie naszym sprzymierzeńcem.

Jeżeli kochacie lotnictwo, podróże lub po prostu lubicie historie o spełnianiu marzeń, zostańcie z nami.

Największa przygoda naszego życia właśnie się zaczyna.