Już wczoraj wieczorem wiedzieliśmy, że pokonanie Oceanu Atlantyckiego między Grenlandią a Islandią może okazać się dzisiaj niemożliwe.
Wszystkie modele pogodowe pokazywały ten sam scenariusz – nad Atlantykiem miał pojawić się silny prąd strumieniowy, wiejący z północy na południe z prędkością dochodzącą nawet do 50 węzłów.
To zdecydowanie nie był kierunek wiatru, którego potrzebowaliśmy.
Przed nami było prawie 400 mil morskich nad oceanem, a Kulusuk jest ostatnim miejscem na naszej trasie, gdzie możemy zatankować Bella 429 do pełna przed przelotem na Islandię.
Nie było więc miejsca na kompromisy.
Pozostało nam czekać, obserwować i analizować.
Rano wszystkie prognozy niestety się potwierdziły. Wiatr nad Atlantykiem był zdecydowanie zbyt silny. Wspólnie podjęliśmy decyzję – dzisiaj zostajemy w Kulusuk.
Nie była to decyzja, którą chcieliśmy podjąć. Była to jednak jedyna słuszna decyzja, którą musieliśmy podjąć.
Po śniadaniu postanowiliśmy wykorzystać ten dodatkowy dzień i wybrać się na spacer. Z naszego hotelu do centrum wioski Kulusuk mieliśmy około trzech kilometrów.
I już sama droga była niezwykła.
Granatowa woda zatoki, pojedyncze góry lodowe dryfujące przy brzegu, granitowe szczyty z pozostałościami lodowców i niesamowicie czyste, arktyczne powietrze.
Po drodze minęliśmy dwa lokalne cmentarze oraz hodowlę psów zaprzęgowych.
Kulusuk zamieszkuje około 250 osób, a liczba mieszkańców z roku na rok maleje. To niewielka społeczność, żyjąca w miejscu, które z naszej europejskiej perspektywy wydaje się niemal na końcu świata.
W centrum znajduje się jeden sklep spożywczy, w którym można kupić właściwie wszystko, czego potrzebują mieszkańcy – od żywności i sprzętu wędkarskiego po kanistry na paliwo, a nawet… piekarnik.
Spacerując wzdłuż zatoki, zauważyliśmy na brzegu obcięte płetwy fok. Widok był dla nas dość niecodzienny i zaskakujący, dlatego zaczęliśmy dopytywać lokalnych mieszkańców.
Okazało się, że polowanie na foki nadal jest ważnym elementem tradycji Inuitów. Foki są źródłem mięsa, tłuszczu i skór, a po oprawieniu zwierzęcia części, które nie są wykorzystywane, pozostawia się na brzegu. Stają się wtedy pożywieniem dla mew i lisów polarnych albo zabiera je przypływ.
Dla nas był to zupełnie nowy widok.
Dla mieszkańców Kulusuk – element codzienności i tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie.
I właśnie takie momenty pokazują nam, że ta podróż nie jest tylko przemierzaniem kolejnych kilometrów.
To również poznawanie ludzi, ich zwyczajów, tradycji i sposobu życia.
To obserwowanie świata, który jest tak bardzo różny od naszego.
I właśnie te doświadczenia zostaną z nami na zawsze.
Wracając ze spaceru, zaczęłam jeszcze uważniej przyglądać się otaczającej nas przyrodzie.
Grenlandia kojarzy się przede wszystkim z lodem, śniegiem i ogromnymi lodowcami. Tymczasem latem, choć temperatura wynosi zaledwie kilka stopni powyżej zera, tundra potrafi zaskoczyć kolorami.
Na tle surowych skał i pozostałości lodowców zobaczyłam całe pola różowo-fioletowych kwiatów.
To wierzbówka arktyczna – jedna z charakterystycznych roślin tundry. Doskonale przystosowana do trudnych warunków potrafi rosnąć na kamienistym podłożu, znosić silny wiatr i niskie temperatury, a kwitnie zaledwie kilka tygodni po ustąpieniu śniegu.
Przez kilka tygodni arktyczna tundra może zamienić się w prawdziwy, różowy dywan.
Kolejną rośliną, która zwróciła naszą uwagę, była wełnianka.
Początkowo byliśmy przekonani, że patrzymy na bawełnę. Tymczasem te dwie rośliny nie mają ze sobą nic wspólnego. Białe, puszyste końcówki wełnianki nie są kwiatami, lecz owocostanami. Delikatne włoski pomagają nasionom rozprzestrzeniać się z wiatrem.
Kolejny mały dowód na to, że nawet w tak surowym miejscu natura potrafi znaleźć sposób, żeby żyć.
Po powrocie ze spaceru i krótkim odpoczynku rozpoczął się najbardziej ekscytujący moment tego dnia.
Dostaliśmy telefon z lotniska.
Musieliśmy… przeparkować śmigłowiec.
Po chwili byliśmy już przy Bellu.
Zdjęliśmy wszystkie zabezpieczenia – osłony filtrów powietrza, rurek Pitota oraz mocowania łopat wirnika głównego i ogonowego. Przeprowadziliśmy prawidłową procedurę uruchomienia i po kilku minutach nasz Bell 429 był gotowy do przestawienia o zaledwie kilka metrów.
Ale właśnie wtedy wydarzyło się coś, co bardzo nas zainteresowało.
Na naszym dotychczasowym miejscu wylądował Airbus H155 należący do Air Greenland.
To właśnie takie śmigłowce są tutaj niezwykle ważnym elementem lokalnego transportu. Kulusuk jest bowiem swoistą bramą do innych miejscowości wschodniej Grenlandii, a do wielu z nich nie prowadzą żadne drogi.
Co ciekawe, pasażer, który kupuje bilet lotniczy Air Greenland do miejsca docelowego położonego w tej części Grenlandii, może mieć w ramach swojej podróży również przelot śmigłowcem. Po przylocie samolotem do Kulusuk nie musi więc szukać osobnego transportu – przesiada się do śmigłowca i kontynuuje podróż do swojej docelowej miejscowości. Tak właśnie funkcjonuje między innymi połączenie między Kulusuk a Tasiilaq, które jest częścią sieci transportowej Air Greenland.
Dzisiaj mieliśmy okazję zobaczyć to na własne oczy. W ciągu dnia naliczyliśmy aż sześć takich lotów! Za każdym razem wyglądało to niemal jak przesiadka z autobusu do taksówki – samolot, śmigłowiec… i już można było ruszać dalej w głąb wschodniej Grenlandii.
Dla nas, przyzwyczajonych do europejskiej sieci dróg, kolei i samochodów, było to niezwykle ciekawe doświadczenie. Tutaj śmigłowiec nie jest luksusem czy atrakcją turystyczną. Jest po prostu jednym z podstawowych środków transportu, dzięki któremu mieszkańcy odległych osad mogą dostać się do innych miejscowości.
Chwilę później pilot H155 podszedł do naszego Bella. Wiedział już, kim jesteśmy i dokąd lecimy. Wiedział również, że silny wiatr nad Atlantykiem zatrzymał nas w Kulusuk. Zaczęliśmy rozmawiać o naszych maszynach, trasie i doświadczeniach z lotów w tej części świata.
To było kolejne niezwykłe spotkanie podczas naszej wyprawy.
Patrząc na te śmigłowce startujące i lądujące na niewielkim lotnisku w Kulusuk, po raz kolejny uświadomiliśmy sobie, jak bardzo lotnictwo jest tutaj częścią codziennego życia.
Co ciekawe, dzisiaj w Kulusuk nie przeszkadzała nam ani mgła, ani niskie podstawy chmur, ani ograniczona widzialność.
Wręcz przeciwnie.
Niebo było niemal idealnie błękitne.
Słońce świeciło przez cały dzień.
A mimo to nie mogliśmy lecieć.
To właśnie pokazuje, jak bardzo różne elementy pogody trzeba brać pod uwagę podczas takiego przelotu. Problemem nie była pogoda nad nami, ale to, co czekało nas setki kilometrów dalej, nad oceanem.
Silny wiatr na trasie mógłby znacząco zwiększyć nasze zużycie paliwa i sprawić, że bezpieczne pokonanie Atlantyku stałoby się niemożliwe.
Dlatego tak ważne jest, aby nie patrzeć tylko na to, co dzieje się za oknem.
Trzeba patrzeć znacznie dalej.
Analizować modele, wiatr, jego kierunek i prędkość, zapasy paliwa, możliwości awaryjnego lądowania i wszystkie potencjalne scenariusze
Dzisiaj nie wystartowaliśmy. I właśnie dlatego, że potraktowaliśmy pogodę z najwyższą odpowiedzialnością, jesteśmy spokojni o tę decyzję.
Prognozy na jutro wyglądają zdecydowanie lepiej.
Jeżeli poranne dane potwierdzą korzystne warunki, uruchomimy silniki, skierujemy Bella na wschód i rozpoczniemy kolejny wielki etap naszej podróży.
Grenlandia – Islandia.
Coraz bliżej domu.
Ale zanim tam dotrzemy, przed nami jeszcze prawie 400 mil oceanu.
Jutro rano zaczynamy kolejny etap naszej przygody.











